Janusz A. Włodarczyk. Pokochać Tychy?, czyli Miasto od nowa

Listopad 2nd, 2012 admin Posted in ARCHINOTATNIK - Tychy, architektura Komentarze są wyłączone

Wyższa Szkoła Techniczna WST, Katowice 2012

Ukazała się kolejna książka prof. zw. dr hab. architekta Janusza A. Włodarczyka, z zakresu architektury.
Dostępna: WST, Katowice, ul. Rolna 43,
kwestura, e-mail: kwestor@wst.com.pl.
Cena 35 zł

Z recenzji niniejszej książki

Historia budowy miasta napisana przez uczestnika tego procesu zdarza się nieczęsto, a dla czytelników, tym bardziej dla badaczy przedmiotu, ma wartość materiału źródłowego. We Francji pozycją taką, niedawno wydaną są Memoires Eugene Haussmanna (…) książka Pokochać Tychy? (…) jest nieocenionym materiałem-dokumentem, naświetlającym mechanizmy powstawania miasta na tle powojennej epoki wraz z jej imponderabiliami.
(…) Autor przyjął układ równoległego prowadzenia dwóch wątków tematycznych ujętych w „akty” i „między aktami”. Akty ukazują historię powstawania miasta. „Między aktami”, a w istocie równolegle do nich toczy się życie(…) prywatne Autora pozostające w związku z „aktami” i mocno powiązane z ludźmi środowiska twórców i zdarzeniami towarzyskimi. Konstrukcja ta sprawia, że książka jest dyskursem żywym. Jest zwartą opowieścią o kilkudziesięcioletniej historii budowy i życia nowego miasta, w której to powstające miasto jest (…) miejscem i tłem ważnych zdarzeń, obserwacji i spostrzeżeń.(…) Read the rest of this entry »

AddThis Social Bookmark Button

Tyski skarbiec architektury

Maj 1st, 2010 admin Posted in architektura, tyski skarbiec architektury Komentarze są wyłączone

Maria Lipok-Bierwiaczonek

Budynek dawnego klubu NOT.

W październiku tego roku przypada 60. rocznica podjęcia przez Prezydium Rządu uchwały o budowie miasta Nowe Tychy. Ta decyzja wiele zmieniła w życiu tyszan – i tych, którzy od pokoleń mieszkali w starym miasteczku, i tych, którzy swego czasu podjęli przełomową w swoim życiu decyzję o przeprowadzce do budowanego nowego miasta.
Dziś, po sześciu dekadach, mamy dobrą perspektywę, aby ocenić znaczenie wydarzeń sprzed ponad półwiecza i późniejszych procesów społecznych, będących ich konsekwencją. Mamy niezbędny dystans czasowy i emocjonalny. Przede wszystkim zaś wolni jesteśmy od ideologicznych zacietrzewień.
Obiektywna, spokojna refleksja dotycząca czasu i procesu powstawania nowego miasta jest bardzo potrzebna. Potrzebne są badania archiwalne, aby wyjaśnić różne istniejące dotąd wątpliwości, a także, co bardzo ważne, uporządkować wiadomości. Tym wszystkim zajmują się między innymi pracownicy Muzeum Miejskiego, które powstało dokładnie pięć lat temu (była to jedna z najszczęśliwszych decyzji władz miasta!).


Read the rest of this entry »

AddThis Social Bookmark Button

III. Cudowne lata 60. Z zachodu na wschód i z północy na południe. Typizacja i prefabrykacja

Luty 20th, 2008 admin Posted in ARCHINOTATNIK - Tychy, architektura Komentarze są wyłączone

prof. Janusz A. Włodarczyk
wprowadzenie
ARCHINOTATNIK – spis
ARCHINOTATNIK – TYCHY – spis
reportaż ze spotkania z autorem w Muzeum Miejskim
link bezpośredni: www.kocham.tychy.pl/archinotatnik

III. Cudowne lata 60. Z zachodu na wschód i z północy na południe. Typizacja i prefabrykacja

Z moich dotychczasowych rozważań wiemy już o swego rodzaju prawidłowości, w wyniku której historia nowego miasta sprzęgła się była w czasie z historią Peerelu i co ciekawe, też i charakterystyczne, że i dla miasta, i dla kraju okresy nakładały się na siebie z zasady zamykając w dziesięcioleciach. Zaznaczyło się to już na początku, w latach 50. – decyzja o powstaniu miasta zbiegła się z przełomem w gruntowaniu się socrealizmu – i zjawisko to można odnieść do okresu następnego, choć już nie dekady. Zauważalne zmiękczenie systemu totalitarnego w wyniku zmian u wschodniego patrona – Związku Sowieckiego (Radzieckiego) w konsekwencji śmierci Stalina (1953), a następnie objęcia władzy w Polsce przez Władysława Gomułkę (1956) doprowadziło do względnej liberalizacji życia w kraju i, co naturalne, między innymi, miało wpływ na architekturę. Odwilż nie trwała jednak długo, zaledwie 2-3 lata – w zależności od punktów widzenia i różnorakich sfer naszego życia. Wprawdzie, po latach, granice dla powrotu modernizmu w architekturze, i ogólnie w sztuce, się otworzyły, żelaznej kurtyny jednak nie uchylono i szybko stary, nieco odnowiony reżim śrubę dokręcał, jakkolwiek terror w postaci stalinowskiej już nie wrócił. Czas Gomułki, w rozumieniu naszych przestrzennych problemów, zgrabnie się nam zamyka w dekadzie. Skąd więc określenie: cudowne lata? Tak oceniano czas ten w Europie Zachodniej. W piętnaście lat po wojnie, do przełomu lat 50. i 60. zdążono zaleczyć rany wojenne, stanąć na nogach i wręcz uzyskać najwyższe relatywnie standardy życia społeczeństw, jakich później już nie zaznano: niekiedy mówiono wręcz o cudzie gospodarczym. Nas to ominęło, choć w 1956 roku niejakie nadzieje na poprawę kondycji kraju zaistniały, choć – jako się rzekło – nie na długo.

Czas po roku 1956 i przejście w dekadę kolejną zaznaczyły się w realizacji miasta, z jednej strony, zdynamizowaniem procesu jego projektowania, wyprzedzając zamierzenia realizacyjne niekiedy o niemal dziesięciolecie; był on zresztą oceniamy, także i później przez samych twórców miasta jako okres najbardziej twórczy w trzydziestu paru latach realizacji Tychów. Ważną przyczyną pierwszego zjawiska było niewątpliwie rozkręcanie się struktury organizacyjnej biura Miastoprojekt-Nowe Tychy, w tym stabilizacja i jakość kadry projektowej; dotyczyło to również związanych z tzw. procesem inwestycyjnym dwóch kontrahentów: inwestora i wykonawcy. Okres ten jednak, zwłaszcza w zbliżaniu się do połowy lat 60., coraz to bardziej zaznaczał się zmniejszaniem tempa budowy ze względu na postępującą zapaść gospodarki kraju. Wpłynęło to na ciągłe odkładanie realizacji centrum miasta na czas nieokreślony, co w wyniku sukcesywnego przesuwania się realizacji kolejnych osiedli mieszkaniowych z zachodu na wschód w północnej części miasta, odczuwano coraz bardziej im bliżej było do końca dekady; warto podkreślić, iż projekty dla centrum były odpowiednio wcześniej przygotowywane. W tym okresie powstały osiedla „E1” i „E3”, jeszcze w zabudowie obrzeżnej, choć już nie w pełni zwartej, na przełomie lat 50. i 60., dalej „E2”, „E4’, „E5’ w zabudowie znacznie bardziej jeszcze swobodnej, Park Północny i na wschód od niego zespół osiedli „F”, kończących północną część miasta. Faktem jest: że mieszkań nieustannie brakowało, centrum mogło było poczekać – czy się to mieszkańcom podobało, czy nie.

powrót

Przez długi czas omawianego okresu, czyli mniej więcej do ukończenia północnej części miasta, rolę centrum miasta spełniało centrum osiedla B – plac Baczyńskiego, (d. Bieruta), z kinem Andromeda, restauracją Mimoza, księgarnią, długo jedyną, a do dziś największą i najbardziej profesjonalną w Tychach, zespołem sklepów w pierzei placu w budynkach Pod Wieżyczkami, wreszcie z Teatrem Małym, dwa kroki od placu położonym, idąc w kierunku Starych Tychów. Mimo więc, iż miasto swego serca nie posiadało, o sferę kultury zadbano dość szybko: i teatr, i kino funkcjonowały już w pierwszych latach omawianej dekady. W roku 1962 powstała interesująca architektura, jaką reprezentował Klub Górniczy z miejską biblioteką w osiedlu „E2”,Klub Górniczy z biblioteką, arch. M. Dziekoński charakteryzującym się trzykondygnacyjnymi budynkami szeregowo-galeriowymi, zwanymi na Zachodzie maisonette, na owe czasy, w polskich realiach odbiegających od stosowanych typów zabudowy, sprawdzającymi się po dziś-dzień.

Tychy, Budynki mieszkalne szeregowo-galeriowe, os. E2, arch. S.Rewers, K.Fojcik, Foto. Janusz A. Włodarczyk © Wtedy też zrealizowano pierwszy nowy kościół, autorstwa arch. Zbyszka Webera, zlokalizowany z dala od budowanej wtedy części miasta, tuż za wykopem linii średnicowej (późniejsze osiedle „H – Honorata”), dochodziło się doń przez pola. Był swego rodzaju forpocztą, enklawą, przyczółkiem architektonicznym południowej części miasta: musiał czekać na swych późniejszych parafian jeszcze ładnych parę lat.

Obiekty kultury: kino, teatr, biblioteka, klub, czyli budynki użyteczności publicznej dla potrzeb ogólno-miejskich: wszystko to wartości miastotwórcze. Życie jednak, zwłaszcza przy braku centrum, rozgrywało się głównie w osiedlach. Jak na idee miasta modernistycznego przystało, osiedla mieszkaniowe były z założenia samowystarczalne i wyposażenie ich w usługi podstawowe przebiegało w Tychach lat sześćdziesiątych sprawnie i w zasadzie bezkonfliktowo. Realizacja podstawowej szkoły, przedszkola, żłobka, sklepu pierwszej potrzeby, punktów rzemieślniczych, ośrodka zdrowia, poczty osiedlowej – wszystko to towarzyszyło życiu osiedla, z zasady, od momentu wprowadzenia się do mieszkań; w latach 70. i później tak sprawnie już nie bywało.

Tychy, przedszkole, arch. T. Bobek, (obecnie Ośrodek rehabilitacyjny, częściowo przebudowany). Foto. Janusz A. Włodarczyk ©

Ktoś powie: dobrze, ale czym wytłumaczyć, że realizacja miasta działała sprawniej w okresie zwiększonych rygorów totalitarnej władzy w czasach stalinizmu, a z czasem było z tym już coraz gorzej? Odpowiedź jest chyba prosta: miasto rodziło się w kilka lat po wojnie, istniał jeszcze potencjał moralny wynikający z entuzjazmu społeczeństwa powodowanego odbudową kraju, a także, co ważniejsze, z funkcjonowania państwa jeszcze częściowo w przedwojennych strukturach, mimo nowego, przez większość nieakceptowanego ustroju; zmiany tego rodzaju nie dokonują się nigdy z dnia na dzień, w mentalności ludzi także, istniała jeszcze stara kadra inżynierska i rzemieślnicza. Ludzie mieli większe poczucie obowiązku, wyższy etos pracy. Także i częściowa choćby liberalizacja w sprawowaniu władzy totalitarnej wprowadzała pewien luz, nie zawsze pozytywny. Jest to prawidłowość wynikająca na ogół w przypadkach przechodzeniu z systemu autorytarnego do demokracji.

powrót

Jako kolejny ekwiwalent braku centrum w postaci skupiska obiektów administracji i handlu o charakterze ogólnomiejskim w czasie, kiedy północna część była na ukończeniu, zaistniało coś na kształt centrum niegdysiejszego miasta przemysłowego, XIX wiecznego, czyli znajdująca się na obrzeżu centralnych osiedli mieszkaniowych Tychów, zwarta zabudowa w skrzyżowaniu dwóch głównych ulic: al. Niepodległości (d. Rewolucji Październikowej) i Grota-Roweckiego (d. Dzierżyńskiego) w tym tej drugiej jako bardziej handlowej. Stanowi ona punkt centralny miasta do chwili obecnej. Powstała 500 metrów od zrealizowanego wtedy zalążka centrum ograniczonego do trzech budynków: Ratusza, czyli siedziby Urzędu Miasta, Tychy. Urząd miejski - Ratusz, arch. W. Jaciow, K.Wejchert. Foto. Janusz A. Włodarczyk © Domu Partii i zespołu banków: ośrodków władzy administracyjnej, politycznej i finansowej. Obiekty te zasygnalizowały w przestrzeni symboliczny środek miasta wraz z zaczątkiem realizacji zaprojektowanego elementu krystalizującego: centrum i dwóch krzyżujących się osi miasta – zielonej i średnicowej linii kolejowej prowadzonej w wykopie, przekrytym w obrębie centrum realizowanym w przyszłości.

Jak nadmieniłem już wcześniej, w związku ze zmianami, jakie następowały w realizacji miasta wraz z kolejnymi dekadami w zakresie mieszkalnictwa, zmiana istotna nastąpiła na przełomie lat 50. i 60. Chodzi tu o dwie głównie sprawy: sukcesywnie następujące modernistyczne rozluźnianie zabudowy z odchodzeniem od tradycyjnej zabudowy obrzeżnej, kwartałowej i tym samym uniezależnianie jej od siatki ulic oraz prefabrykacja. O ile osiedle „B” kształtowano jeszcze w duchu zabudowy tradycyjnej, po części tkwiącej jeszcze w klimacie kamieniczek małomiasteczkowej skali, z miękkim prowadzeniem ulic osiedlowych, co wymuszane było niekiedy istniejącą rozproszoną, dawną zabudową wiejską, kolejne osiedla północnej części miasta, o nazwach na litery „C”, rozpoczęte w końcu lat 50.,a następnie „E” i „F”, idąc od zachodu do wschodu, stanowiły już całkiem inny obraz. W osiedlach „C1”, „C2”, „C3” i „E3” zastosowano jeszcze zabudowę obrzeżną, choć już nie zwartą i ciągłą, tworząc jednak duże wnętrza osiedlowe z wpasowywaniem w nie usług, najczęściej szkoły i przedszkola, czasem ośrodka zdrowia. Osiedla „E4”, „E5” i osiedla „F”, sytuowane po obu stronach parku Północnego, reprezentowały już klasyczną zabudowę modernistyczną, z uwolnieniem jej od komunikacyjnej sieci ulic.Tychy | Budynki mieszkalne  klatkowo-sekcjowe,os. C, arch. S. Wąs. Foto. Janusz A. Włodarczyk ©

Tychy | Budynki mieszkalne  klatkowo-sekcjowe,os. C, arch. S. Wąs | Foto. Janusz A. Włodarczyk ©

Tychy | Budynki mieszkalne  klatkowo-sekcjowe,os. C, arch. S. Wąs | Foto. Janusz A. Włodarczyk ©

powrót

Tychy uważane są za najbardziej zielone miasto Górnego Śląska. Tak jest obecnie, takie też były zamierzenia jego twórców, tkwiły one w idei i ogólnej koncepcji planu. Ważne tereny zielone zaistniały już w latach sześćdziesiątych. Pierwszym parkiem w mieście stał się teren między osiedlem „B” i „E3”, a ściślej między szosą – aleją Bielską, ulicą Edukacji (d. Engelsa) z terenami sportowymi, obecnie też i kryta pływalną, aleja Niepodległości (d. Rewolucji Październikowej) i osiedlem „E3”). Park ten nazwany został Parkiem Niedźwiadków z przyczyny rzeźb przeznaczonych dla zabaw dzieci. Jednak główną atrakcją miasta jest, czterdziestoletni już dziś Park Północny, areał c/a 60 hektarowy, łączący teren zagospodarowywany od połowy lat 60., czyli Park Miejski z włączeniem istniejących wcześniej rybnych stawów. Także dzięki i ptactwu wodnemu jego naturalny charakter wiąże się z urządzoną zielenią szkół osiedli „E” i „F”, usytuowanych na obrzeżach Parku, po jego stronach zachodniej i wschodniej. W taki sposób północna część miasta została uhonorowana dość wcześnie oprawą zieloną; na osiedla południowe czekał naturalny areał jeziora Paprocańskiego z rozległą przestrzenią lasów Kobiórskich. Zielone tereny miasta, jednoznacznie przewidywane w pierwszych decyzjach planistycznych, były w trakcie jego realizacji konsekwentnie i sukcesywnie projektowane i nadzorowane w tym stosunkowo długim czasie przez tę samą osobę, Helenę Okołowicz-Krześ, inżyniera zieleni. Fakt ten niech będzie przyczynkiem do stwierdzenia o znaczeniu ogólnym, iż w trakcie istnienia biura projektowego Miastoprojekt nic, co dotyczyło kształtowania przestrzeni miejskiej, nie było przypadkowe; do problemu tego jeszcze wrócę.
Za ważne dla omawianego okresu powstawania miasta uznać należy dwa fenomeny o charakterze nadrzędnym, dotyczące specyfiki kraju jako całości, a mianowicie prefabrykację, o której wyżej napomknąłem, i typizację. Znaczenie ich dla kraju, ale także i dla miasta, choć kształtujące się nie koniecznie w sposób jednaki, były kolosalne. Niezbędna jest tu w miarę optymalna ich ocena by zrozumieć skutki przestrzenne: w naszym przypadku – dla miasta, przede wszystkim. Decyzje o rygorze typizacyjnym, zakładającym centralną produkcję i dystrybucję gotowych projektów architektonicznych i branżowych w istotnym, znacznym zakresie powszechnie stosowanych użyteczności architektury i wielorodzinnego mieszkalnictwa podjęto w kraju w roku 1961. Oznaczało to na długi czas pozbawienie otaczającej nas przestrzeni architektonicznej poszukiwań twórczych, a tym samym regres kulturowy, w konsekwencji uniformizacji i banalizacji krajobrazu. Prefabrykację w budownictwie zaczęto wprowadzać na przełomie lat 50. i 60. sukcesywnie ją rozszerzając.

powrót

Oba zjawiska, w ocenie tak specjalistów, głównie architektów, jak i dyletantów czy wręcz laików, spotkały się z ocenami skrajnymi, z czasem stając się coraz bardziej kontrowersyjne. Trzeba od razu stwierdzić, iż z natury rzeczy i jedno, i drugie nie nosi naznaczeń negatywnych samych w sobie. Czy były więc pozytywne? Mają raczej konotacje obojętne, na tyle, na ile dla architektury jako produktu i dla budownictwa jako procesu znaczą uproszenia i ułatwienia – z punktu widzenia techniki i technologii oraz potanienia – z punktu widzenia ekonomiki. I jedno, i drugie zjawisko jest więc dla architektury, że powtórzę, obojętne: jest środkiem do celu prowadzącym, nie powinny być jednak, że powtórzę, celem samym w sobie. Jeśli chodzi o prefabrykację, czyli szczególną formę uprzemysłowienia budownictwa, człowiek budujący – homo aedificans – zawsze starał się upraszczać sobie swą pracę, w wieku XX różnica stała się w bardzo krótkim czasie szczególnie zauważalna i często, jak w przypadku opisywanego kontekstu, drastyczna poprzez swą masowość.

A typizacja? Powtarzalność wzorca była od zawsze wpisana w architekturę. Powtórzenia różnych kontekstów i rozmaitej skali, dotyczące budownictwa, w tym części budynku czy budowli różnej wielkości od drobnego rozmiaru cegły po wielkie bloki kamienne czy też elementów funkcjonalnych (użytkowych) świątyni, mieszkania, szkoły, szpitala, miejsc pracy, w tym przemysłu, obowiązywały odkąd istnieje architektura. Nie stosowano jednak z zasady powtórzeń projektów obiektów architektonicznych, budynku jako całości projektowanego przez anonimowego autora nie mającego kontaktu z miejscem realizacji. W XIX wieku pojawiały się wprawdzie gotowe projekty małych, licznych (na owe czasy) szkół wiejskich, domów dla robotników np. tkaczy czy górników, małych, licznych dworców kolejowych (można zaobserwować to na terenach polskich czasów zaborów), były to jednak odstępstwa od reguły, z zasady operowane wzorcem, a nie gotowym projektem: tak powstawały np. świątynie greckie, średniowieczne kościoły i klasztory określonych reguł czy kamienice miast lokacyjnych. Gotowe projekty budynków różnego przeznaczenia na skalę masową, przygotowane „na skład”, to wymysł czasów przeze mnie opisywanych, obowiązujących na zasadzie rygoru, w krajach tzw. socjalizmu Europy Wschodniej drugiej połowy XX wieku. Konsekwencją stała się uniformizacja negatywna, gdyż na ilość nakładała się skrajnie niska jakość architektury, a więc także i niska jakość krajobrazu przez nią kształtowanego.

Prefabrykację, czyli wznoszenie budynków z wcześniej przygotowanych elementów, głównie żelbetowych średniowymiarowych (nie aż tak małych jak cegła, ale też i nie zbyt wielkich, jak z czasem tzw. wielka płyta); w miarę uniwersalnych, czyli takich, by można je było stosować do różnego rodzaju budynków i by nie wywierały na architekturze swego piętna, zaczęto, jak nadmieniono, wprowadzać w Tychach z końcem lat 50., począwszy od osiedli C1, C2 i C3. Stosowano ją głównie w architekturze mieszkaniowej wielorodzinnej. Początkowo ograniczano się do tzw. krótkich serii, zastrzeżonych dla określonego miejsca i przeznaczenia. Rygory ilości i zakresu sukcesywnie się powiększały, tak w Tychach, jak i ogólnie w kraju. I już tu warto zauważyć, iż prefabrykację w Tychach w latach 60. stosowano w miarę sensownie: dzięki własnym, lokalnym zestawom elementów i różnorodnym projektom budynków, unikając nadmiernej uniformizacji przestrzeni. Dotyczy to głównie mieszkalnictwa, które zresztą w tych czasach wykształciło wielu kompetentnych i doświadczonych architektów specjalizujących się w tej dziedzinie, a Tychy miały szczęście do dobrych rozwiązań funkcjonalnych. Jednak, podobnie jak w przypadku typizacji, prefabrykacja stosowana na siłę, przy niskiej jej jakości – technicznej i estetycznej, bez liczenia się z ładem i harmonią przestrzeni, stosowana głównie w wyniku korzyści przedsiębiorstw budowlanych, stanowiących swoiste lobby w kraju, w znacznej mierze przyczyniła się do negatywnego obrazu naszej przestrzeni. Za przykład niech posłuży zjawisko nagminnego wymuszania w układach kompozycyjnych osiedli takiego sytuowania budynków, by jak najbardziej minimalizować torowiska dźwigów, czyli dla jak największej korzyści wykonawcy: proces ważniejszy niż produkt!

powrót

Podobnie w realizowanym mieście działo się z typizacją. Rygory powtarzalności projektów, jak każdy rygor, obowiązywały w oparciu o zasadę, od której istniały wyjątki, większe i mniejsze. Rzecz w tym, iż nie zawsze była wola, by z nich korzystać. Dla poważnej części ludzi zainteresowanych problemem i mających wpływ na decyzje, w tym w dla inwestorów i wykonawcy, ale i w znacznej mierze dla organizacji biura, a nawet i dla części architektów-projektantów, typizacja była wygodna: mniejszy problem z zatwierdzaniem znanej już dokumentacji, pozorna(!) jej taniość (czyli przekłamana; zagadnienie zbyt to szczegółowe, by tu je wyjaśnić), mniejsza odpowiedzialność (to nie ja, to kolega), obawa przed nowością.
Tychy | Budynek mieszkalny galeriowy, os. D1, arch. S Wąs | Foto. Janusz A. Włodarczyk ©
Tychy | Budynki mieszkalne, (systemu 540, arch. M.A.Czyżewscy), klatkowo-sekcjowe, os. D3, arch M. Czyżewska | Foto. Janusz A. Włodarczyk ©
Tychy uniknęły uniformizacji, udało się bowiem, w dużej mierze ze względów prestiżowych, jakimi cieszyło się nowe miasto, uniknąć typizacji centralnie kierowanej. Zasługa była niewątpliwie udziałem grupy osób i ich autorytetu: generalnych projektantów miasta i poszczególnych architektów-projektantów, zrozumienie sprawy przez część decydentów i partnerów realizujących miasto, jak i lokalnych urzędników uzgadniających projekty, np. w resorcie oświaty, z czym osobiście miałem do czynienia, jako projektant szkół. Dzięki temu architektura tyska w zakresie najbardziej powszechnie stosowanej, czyli obiektów mieszkalnictwa, głównie autorstwa Marii i Andrzeja Czyżewskich oraz Stanisława Wąsa, Felicji Matyśkiewiczowej, i nieco później Bożeny Włodarczykowej, Marka Dziekońskiego, Stanisława Niemczyka oraz obiektów szkolnictwa: na przełomie lat 50. i 60. szkół projektowanych przez architektów warszawskich, później głównie mojego i mojej żony autorstwa, wyszła obronną ręką.

* * *

W 1965 roku, u zbiegu alei Niepodległości (d. Rewolucji Październikowej) i ulicy Grota-Roweckiego (d. Dzierżyńskiego) powstała w siedmiokondygnacyjnym budynku siedziba trzech przedsiębiorstw realizujących miasto: inwestora, projektanta i wykonawcy. Tychy | Siedziba budowniczych miasta: inwestora, projektanta - Miastoprojekt-Nowe Tychy i wykonawcy, arch. S. Wąs | Foto. Janusz A. Włodarczyk © Pierwsze i trzecie wielokrotnie zmieniało nazwy, jednostka projektowa do końca przetrwała przy nazwie pierwotnej: Miastoprojekt-Nowe Tychy. Przypomnę, iż przez pionierskich lat około dziesięciu pracowało się w tymczasowym baraku, przy stacji kolejowej, istniejącej jeszcze przed zaistnieniem nowego miasta, na obrzeżu osiedla „A”. Powstanie Miastoprojektu-Nowe Tychy i trwanie jego w niezmiennej strukturze nieprzerwanie przez 35 lat jawi się jako swego rodzaju fenomen. Nawet porównując z dwiema instytucjami – partnerami, gdzie nie tylko nazwy, ale i struktury przedsiębiorstw ulegały zmianom, ale też i w stosunku do innych biur projektowych, Miastoprojekt tyski wyróżniał się w kilku aspektach.

Podstawowym, długo jedynym zadaniem biura, były zlecenia dla potrzeb miasta, wyłącznie. Projektowanie na miejscu miało tę specyfikę, iż nadzór nad realizacją pełniony był in situ, niejako wymuszony, dozór budowy był wygodny, nie zabierał czasu na dojazdy, a też stawał się i przyjemnością: można było nadzorować swe dokonania nawet w trakcie spaceru, samemu czy z rodziną. Było to wzmocnieniem dla pracy zawodowej czyniąc z niej zajęcie niemal prywatne, niejako hobbystyczne. Z czasem się to zmieniało, zwłaszcza w latach 80., biuro przyjmowało zlecenia spoza miasta, głównie w wyniku braku pełnego obciążenia zlecanymi zadaniami miejscowymi, czasem ze względu na zadania poza tyskie szczególne ambitne.

powrót

Specyfiką biura tyskiego było także, niewątpliwie, stanowisko głównego projektanta, jako wpisane w istnienie przedsiębiorstwa i egzystujące tak długo, jak biuro istniało. W innych tego typu instytucjach w kraju funkcjonowało takie stanowisko, przypisane zwykle do konkretnego zadania, trwało okresowo, przez czas realizacji konkretnego projektu, budynku lub osiedla. W tyskim biurze stanowisko to trwało stale, dotyczyło merytorycznego zakresu funkcjonowania przedsiębiorstwa, podczas gdy kompetencje dyrektora biura i naczelnego inżyniera miały charakter administracyjno-formalny. Stanowisko to od początku istnienia biura aż po jego likwidację w 1989 roku piastowali – że powtórzę – generalni projektanci miasta, autorzy planu ogólnego miasta, zdobywcy I nagrody w konkursie, profesorowie Hanna Adamczewska-Wejchert i Kazimierz Wejchert.

Wreszcie jeszcze jedną, inną cechą biura, o całkiem odrębnym charakterze, było jego znaczenie w mieście, jako elementu miastotwórczego, które, jako środowisko ludzkie, wespół z dwoma współdziałającymi instytucjami oddziaływało na z dnia na dzień powiększającą się społeczność miasta. Z czasem przybywali do miasta ludzie kultury, nauki, sztuki i techniki, ludzie wolnych zawodów, czyli grupa społeczna określana terminem: inteligencja. Szeroko rozumiana grupa twórców miasta, od architekta po robotnika, miała swoisty rodzaj prestiżu i autorytetu.

Dom profesorów Wejchertów na Norwida, niewielki jednorodzinny budynek z ogrodem, był miejscem okazjonalnych spotkań okolicznościowych: imienin Profesora w marcu i, z czasem, coraz bardziej celebrowanych tzw. iris parties w czerwcu: Profesor był pasjonatem ogrodu i hodowcą irysów. Lubili oboje otaczać się ludźmi, także błyszczeć: słabostka to wybaczalna, czuli się dobrze w roli, jakby nie było, animatorów życia powstającego miasta. Lubili, on zwłaszcza, uchodzić za ludzi renesansu. Rzeczywiście, ich rozliczne działania twórcze i organizacyjne potwierdzały to: praca projektowa nad realizacją miasta i dydaktyka na Politechnice Warszawskiej; fotografia i pisanie książek, też i artykułów w prasie, profesor także pisywał wiersze; praca na rzecz stowarzyszenia architektów i różne inne aktywności o charakterze społecznym; wreszcie podróżowanie. Zwłaszcza w latach sześćdziesiątych, ze względów politycznych, znacznie ograniczonych wyjazdów na Zachód, prywatnych i turystycznych, mając znacznie większe możliwości wyjazdów oficjalnych, stanowili istotną formę łącznika ze współczesną architekturą Zachodu. Ich wojaże owocowały zawsze obszernymi relacjami ilustrowanymi obrazem fotograficznym.

powrót

W początkach istnienia biura, przez krótki czas profesorowie kierowali dwiema dużymi pracowniami projektowymi: ona pracownią urbanistyczną, on – architektoniczną. Z czasem, w wyniku rozrastania się biura funkcja taka w określonym kontekście przestała mieć sens, także z uwagi na czysto administracyjny charakter, system organizacyjny biura zmieniał się, niekoniecznie na korzyść. Zgodnie z Prawem Parkinsona nieograniczone biurokratyzowanie instytucji nie mogło ominąć i działalności twórczych.

W autorytarnym systemie w Polsce po roku 1945 architektura została podporządkowana resortom budownictwa – a nie kultury, adekwatnie co do architektury specyfiki – od samego wierzchołka, czyli od władzy ministerialnej, po uzależnienie od dyrektorów przedsiębiorstw budowlanych, producentów materiałów budowlanych i prefabrykatów. Jako, że działalność gospodarcza, a więc i wszelkiego rodzaju inwestowanie znalazło się gestii państwa, architekci skoszarowani zostali w państwowych jednostkach projektowania, a praktykę prywatną ograniczano do minimum. Jedynie projektowanie domów jednorodzinnych i kościołów (rozmaicie w różnym czasie) – niewiele więcej – mogło być dokonywane przez osoby prywatne – architektów (w przypadku mniejszych, określonych przez przepisy kubatur, również inżynierów i techników budowlanych!) także nie zrzeszonych w państwowych biurach. Taki stan rzeczy dotrwał do roku 1989. Zmieniło się wiele, choć nie zawsze na lepsze: jak zwykle liczy się proporcja, będzie o tym później.

O strukturze Miastoprojektu-Nowe Tychy wcześniej nieco już było, sądzę iż warto jeszcze sprawę uszczegółowić. Nie różniła się ona w ogólnych zasadach od określonego wzorca obowiązującego w kraju. Podstawową jednostką organizacyjną i merytoryczną była pracownia wielobranżowa z wiodącym zespołem architektonicznym i merytorycznie podporządkowanymi mu zespołami branżowymi związanych z budynkiem w zakresach konstrukcji, wszelkich instalacji (sanitarnych, elektrycznych i innych, w zależności od specyfiki biura, np. akustyki, technologii specjalnych itp.), a następnie związanych z terenem, jak zieleni, dróg i ukształtowania i uzbrojenia terenu oraz kosztorysowania. Liczbę pracowni określały każdorazowo zapotrzebowanie na projekty. Usługową, czyli administracyjną i pomocniczą kadrę biura tworzyli hierarchicznie ustawieni kierownicy pracowni – główny inżynier – dyrektor, natomiast powiększająca się z czasem kadra pomocnicza tzw. specjalistów i kontrolerów, powodowała nadmierny wzrost ludzi-pośredników, o charakterze pasożytniczym pár excellence, (ustrój tzw. socjalistyczny nie uwzględniał oficjalnie bezrobocia) często pozornie przydatnych w tworzeniu efektów inwestowania, czyli architektury. Usługowe komórki przedsiębiorstwa stanowiły pracownie związane z finalnymi działaniami: oprawionym projektem, makietą, planszą rysunkową i, wreszcie, grupa pracowników administracyjnych.

Taki był, w miarę obiektywny, obraz miejsca, w którym rodziły się podstawy dla zaistnienia i stawania się miasta, jego obraz stopniowo przenoszony w przestrzeń. A subiektywny, odczuwany i widziany oczami projektanta, a jednocześnie użytkownika tej przestrzeni, mieszkańca? Wątek osobisty, zasadny dla uwiarygodnienia mojej relacji, jest tu przedstawiony w minimalnym zakresie,. Bardziej zainteresowany sprawą internauta-czytelnik niniejszego tekstu, znajdzie więcej w mojej książce Archinotatnik.

Biuro powstało w roku 1955, ja i moja żona, małżeństwo architektów, wprost nieomal po ukończeniu studiów w Krakowie, przyjechaliśmy do Tychów, wprost do Miastoprojektu, w 1959, można powiedzieć: prawie na początku, jakkolwiek okres czterech lat, czas rozruchu, był bardziej pewnie burzliwy niż w późniejszych latach, bogaty w zdarzenia. Pracownicy biura, często ludzie-efemerydy, pojawiali się i znikali, szukając pracy i mieszkania – szczęścia, czasy w kraju, zwłaszcza na terenach zachodnich i północnych, zyskanych po wojnie nie były zbyt pewne, z czasem się stabilizowało. Trzeba pamiętać, ze realizacja nowego miasta pociągała za sobą wielką migrację ludności, tyska społeczność stawała się swoistą Wieżą Babel. W czasie naszego przyjazdu do Miasta zaistniały jeszcze dwa małżeństwa architektów, licząc więc z Profesorami było to ośmiu architektów gwarantujących z czasem stabilność środowiska zawodowego. To zbliżało, zwłaszcza że my i nasi nowi koledzy przybyliśmy z Warszawy, Krakowa, Wrocławia i znaleźli się, jakby nie patrzeć, na kulturalnej pustyni. Biuro stawało się więc czymś więcej niż tylko miejscem pracy, tym bardziej, iż w zawodzie architekta z reguły, a zwłaszcza w omawianym kontekście powstawania miasta na naszych oczach i w wyniku naszego do tego ręki przykładania, nie miało miejsca dzielenia czasu na pracę i dom, to się wszystko razem mieszało. Sprzyjało to, rzecz jasna, stwarzaniu atmosfery w biurze niejako domowej. Z drugiej strony, z tą domowością bywało rozmaicie. Czasy (komunistyczne, autorytarne, reżimowe, systemowe – jakbyśmy tego nie nazwali) nie sprzyjały powszechnej otwartości, zaufaniu i optymizmowi. Obowiązywała nieufność, byliśmy my i byli Oni: partyjny dyrektor, towarzyszka personalna, sekretarz partii i szereg anonimowych Niepewnych, prywatnie być może całkiem przyzwoitych ludzi. Niby zawsze, bez względu na ustrój polityczny, ludzie są różni, pewni i niepewni, ale wtedy działo się tak z natury rzeczy, reżim miał charakter policyjny, sprawy były jakby bardziej czarno-białe. Niemniej, można stwierdzić, iż środowisko, w którym obracaliśmy się stwarzało warunki dla życia zawodowego, twórczego i towarzyskiego, zwłaszcza w latach sześćdziesiątych, pierwszej pełnej dekadzie realizacji miasta. Później bywało inaczej, lata 70. a zwłaszcza 80. zaznaczyły się rozmaitymi wydarzeniami, w skali miasta i kraju, także w życiu moim i mojej żony, kręgu ludzi zaprzyjaźnionych, pojawiły się dzieci, nie było tak samo, nie mogło. Spróbuję opisać to w następnych rozdziałach – o Mieście i o Ludziach.

Tychy, rozdział III, spis ilustracji,
zdjęcia: Janusz A. Włodarczyk, wszystkie zdjęcia fot. 2008

1. Klub Górniczy z biblioteką, arch. M. Dziekoński
2. Budynki mieszkalne szeregowo-galeriowe, os. E2, arch. S.Rewers, K.Fojcik
3. Przedszkole, arch. T. Bobek, (obecnie Ośrodek rehabilitacyjny, częściowo przebudowany).
4. Urząd miejski – Ratusz, arch. W. Jaciow, K.Wejchert
5,6,7. Budynki mieszkalne klatkowo-sekcjowe,os. C, arch. S. Wąs
8. Budynek mieszkalny galeriowy, os. D1, arch. S Wąs
9. Budynki mieszkalne sekcjowo-galeriowe, os. D1, arch. S.Wąs
10. Budynki mieszkalne, (systemu 540,
arch. M.A.Czyżewscy), klatkowo-sekcjowe, os. D3, arch M. Czyżewska
11. Siedziba budowniczych miasta: inwestora, projektanta – Miastoprojekt-Nowe Tychy i wykonawcy, arch. S. Wąs

powrót

AddThis Social Bookmark Button

IV. Lata 70. Od stabilizacji do stagnacji. Wielka płyta i blokowiska

Luty 20th, 2008 admin Posted in ARCHINOTATNIK - Tychy, architektura Komentarze są wyłączone

spis
prof. Janusz A. Włodarczyk
ARCHINOTATNIK
ARCHINOTATNIK – TYCHY
wprowadzenie
link bezpośredni: www.kocham.tychy.pl/archinotatnik

IV. Lata 70. Od stabilizacji do stagnacji. Wielka płyta i blokowiska
prof. Janusz A. Włodarczyk

Do poprzedniej dekady przylgnęło, zasygnalizowane już wcześniej w moich rozważaniach, określenie: cudowne lata sześćdziesiąte, jednak to: cudowne nie dotyczyło z pewnością naszego kraju, symbolizując dobrobyt, jaki osiągnęła Europa wychodząca na prostą po zniszczeniach wojennych: tak dobrze nie było ani wcześniej, ani później. W kraju, z biegiem lat 60. zaistniało określenie nasza mała stabilizacja – chyba Tadeusz Różewicz był określenia autorem – i wraz z nastaniem ery Gierka osiągnęła ona, w pierwszej połowie lat 70., swoje apogeum, potem, od czasu strajków w Radomiu i Ursusie roku 1976, było już inaczej i tylko gorzej. Weszliśmy wtedy w okres prosperity, jakkolwiek spektakularnej i w gruncie rzeczy pozornej, gospodarcza kondycja kraju była bowiem słaba, opierająca się na rosnącym zadłużeniu państwa, wymagała tego propaganda. Ostatnie akordy władzy Gomułki z dramatycznymi wpadkami (że użyję eufemizmu) w postaci Marca i udziału w sierpniowej pacyfikacji naszych południowych sąsiadów w roku 1968 oraz wypadków Gdańskich roku 1970 wymagały widowiskowego odcięcia się od tych wydarzeń; w takich sytuacjach potrzebna jest nowa miotła, no i wmiotła to wszystko – pod dywan. Dekada lat 70. rozpoczęła się pod nowym hasłem, budowania Drugiej Polski, efekty znamy, były zgodne z zasadą: zanim zabierzesz się za drugie, pierwsze zrób dobrze, do końca. Zresztą, czy można było tego rodzaju enuncjacje traktować poważnie?

Tychy | Osiedle D3, budynki mieszkalne, arch. Maria Czyżewska,  lata 60./ 70.  | Foto. Janusz A. Włodarczyk ©

Lata 70. w polityce przestrzennej i w inwestowaniu przez nową władzę zaznaczyły się od początku przyśpieszeniem realizacji, głównie tkanki mieszkaniowej, a następnie poważnej i spektakularnej inwestycji przemysłowej. Niezbędne było pokazanie się urbi et orbi z jak najlepszej strony, a jednocześnie stan gospodarki się pogarszał. Używając sloganowego określenia postawiono na ilość. Odchodzenie od troski o jakość architektury nie było czymś nowym, jednak przyspieszenie tempa w inwestowaniu oznaczało z natury rzeczy obniżanie jej poziomu, stało się to normą, zaznaczającą się w różnych sferach działań przestrzennych, od symboli po realia realizacyjne. Symbole? Usuwano pojęcie architektura (produkt naszych działań), zastępując je budownictwem (proces przecież). Zjawisko to zaczęło funkcjonować dekadę wcześniej: Komitet Urbanistyki i Architektury KUA (odpowiednik Ministerstwa) przekształcono w Komitet Budownictwa, Urbanistyki i Architektury (1961), wkrótce w ogóle zlikwidowano, zostało Ministerstwo Budownictwa: nie ma nazwy, nie ma sprawy. Obecność architektury jako sztuki w życiu społecznym coraz bardziej znikało zastępowane pojęciami technicznymi. Wykonywanie zawodu architekta wyłącznie w strukturach biur projektowych podległych technicznemu pionowi zarządzania przypieczętowywało sprawę.

Tychy | Osiedle O – Olga, budynki mieszkalne arch. Maria Czyżewska, II poł. lat 70.   | Foto. Janusz A. Włodarczyk © Jednym z istotniejszych czynników powodujących wzrost tempa realizacji było wprowadzanie uprzemysłowienia budownictwa, w tym prefabrykacji, traktowanej jako głównego zakresu działań budowlanych. Wprowadzano ją w Polsce – i w Tychach – na przełomie lat 50. i 60., to już wiemy. Zjawisko narastało i o ile w latach 60. zachowano właściwe proporcje co do zakresu, skali i jakości w jego obrazie, o tyle sukcesywne odchodzenie od tych warunków w latach 70. doprowadziło do jego wynaturzenia. „Wielka płyta” w wyniku tendencji do traktowania jej jako wartości samej w sobie, jako w wyobrażeniu wielu remedium na wszelkie dolegliwości inwestowania i jego efektów, stała się w powszechnym obiegu pojęcia synonimem uniformizmu, bylejakości, nieludzkiej skali budynku; słowo blokowisko w swej językowej formie z założenia było pejoratywne. Nie musiało tak być: realizacja budynku z gotowych części, z elementów, nawet wielkowymiarowych, nie przesądzała o negatywnym jego obrazie – problem został szeroko omówiony w rozdziale poprzednim. Po prostu, w ramach tych samych działań dobrą z założenia jakość zastąpiono złą. Na przełomie lat 60. i 70. dopracowano się w kraju własnych systemów, jak W-70, system szczeciński i OWT. W uzupełnianiu, w kontraktach zagranicznych zawieranych na Zachodzie w związku z nowymi technologiami prefabrykowanymi korzystano z ofert, według obiegowych opinii tańszych i jakościowo gorszych, stosownie zaś do konkretnych relacji osób kompetentnych, zbyt skomplikowanych, jak na nasz poziom umiejętności eksploatacyjnej przy stosunkowo bardziej prymitywnych metodach działań. Jak na olbrzymie potrzeby inwestycji w kraju, określone systemy były monopolistą, co przy braku konkurencji i możliwości wariantowania stwarzało obraz negatywnego ujednolicenia, biorąc pod uwagę wymóg najprostszych (czytaj: najprymitywniejszych) koncepcji architektonicznych. Na jakość produktu wpływ miała także coraz gorsza jakość kadry różnych szczebli specjalizacji, od inżyniera po robotnika. Szybkość wymuszona niekompetencją i niskimi zarobkami dopełniała reszty. Przedsiębiorstwa wykonawcze, sukcesywnie centralizowane, stały się, że powtórzę, rodzajem lobby, państwa w państwie i głównym decydentem w sprawach inwestycyjnych, wywierającym presję na architekta i na inwestora.

Tychy | Osiedle H 7, budynki mieszkalne arch. Stanisław Niemczyk, II poł. lat. 70. | Foto. Janusz A. Włodarczyk ©

Nie znaczy, iż po stronie projektanta wszystko funkcjonowało bez zarzutu, jak w każdym zawodzie i w każdym podejmowanym zadaniu, zawsze należy jednak brać pod uwagę problem proporcji, w naszym przypadku także hierarchii ważności działań inwestycyjnych i ich stosowania. Masowość architektury, wprowadzenie typizacji, czyli obowiązkowej powtarzalności projektów na niespotykaną dotąd skalę, a także szybkość działań wymuszona czynnikami, jak i w wykonawstwie, wszystko to powodowało system naczyń połączonych. Inwestor reprezentował politykę państwa, forma jego działań zależała od wiedzy i umiejętności ludzi sprawujących określone zadania, to oczywiste.

Taki był obraz budowania w Polsce tamtych czasów, z grubsza – co oczywiste – traktując problem. Czy obraz taki można przełożyć na wizerunek realizacji Tychów? I tak, i nie, albo: niezupełnie tak. Każde zjawisko w konkretnych przypadkach nabiera różnych form, osiągając rezultaty rozmaite. W porównaniu z realizacją mniejszych lub większych zadań, jak nowe osiedla czy nawet dzielnice, przestrzenne i budowlane uzupełnienia starej substancji większych czy mniejszych miast, przy różnej skali działań, problemy były rozwiązywane mniej lub bardziej doraźnie. W przypadku budowy nowego miasta mieliśmy do czynienia z działaniem na dużą skalę, długofalowym. Istniała większa możliwość stosowania odpowiedniej, w miarę, strategii i taktyki. Na tle przedstawionego wyżej obrazu działań trzech uczestników w tworzeniu miasta: inwestora, projektanta i wykonawcy, można mówić o czynniku konfliktowości występującej w związku z istotnym tzw. własnym interesem każdego z nich. Teoretycznie, używając wielkich słów, interes był wspólny i szczytny, w praktyce – szczytny z pewnością tak, ale wspólny – niekoniecznie. Konflikt dotyczył jakości produktu, czyli architektury, system norm preferował ilość w stosunku do jakości, lepsza jakość wymusza zawsze większy nakład pracy i inwencji. Wykonawca nie był w tym zainteresowany. Twórcy, tutaj: architektowi, z natury rzeczy zależy (powinno zależeć) na jakości produktu, a zatem stara się wkładać w pracę relatywnie więcej inwencji, ale też i czasu. Konfliktogenność problemu powodowała potrzebę kompromisów i negocjacji. Przy określonej specyfice realizacji miasta i permanentnych kontaktach ludzi trzech przedsiębiorstw/kontrahentów można było negocjować optymalne rozwiązania w miarę satysfakcjonujące strony. Jak zawsze, liczą się ludzie. Rola głównego projektanta była tu nie do przecenienia. Funkcja ta posiadała znaczną autonomię działań i znaczny autorytet, mimo istotnej kontroli czynnika politycznego, pamiętajmy, iż żyło się w systemie autorytarnym, w socjalitaryzmie (neologizm autora). Profesorowie Hanna Adamczewska-Wejchert i Kazimierz Wejchert funkcję tę razem sprawowali faktycznie do śmierci Profesora w roku 1993. Umieli wykorzystać zarówno i autonomię, i autorytet. W działaniach z kontrahentami umiejętnie potrafili wyważyć interes miasta z własnymi ambicjami, ale też i utrzymać dobre stosunki partnerskie oraz komfort w miarę harmonijnej współpracy. Byli z miastem zżyci, dzieląc dom na Tychy i Warszawę z tym, że w Tychach bywali więcej traktując je jako główne miejsce do życia. Czynnik ten był obecny w znacznej części zespołu projektanckiego, głównie zasiedziałych członków zespołu, w tym zwłaszcza architektów (z czym identyfikowaliśmy się też i ja z moją żoną). Było to nie bez znaczenia dla problemu pozytywnej odrębności realizacji Miasta w porównaniu z innymi miejscami w kraju. Tychy bowiem po dziś-dzień odbierane są powszechnie jako miasto przyjazne, tak w stosunku do zabudowy, jak i do wolnej przestrzeni miejskiej i określenie blokowisko nijak do nich nie pasuje.

Tychy | Osiedla W – Weronika, budynki mieszkalne arch. Andrzej Czyżewski i arch. Anna Kuszewska,  lata 70./80  | Foto. Janusz A. Włodarczyk ©

Omówiona została w miarę potrzeb sprawa prefabrykacji i „wielkiej płyty”, wróćmy ma chwilę jeszcze do zasygnalizowanej w poprzednim rozdziale typizacji, zjawiska naonczas powszechnego i spróbujmy także i z nim przymierzyć się do kontekstu tyskiego. W gruncie rzeczy, gdy chodzi o budynki mieszkalne, zdecydowaną większość realizowanej tkanki, sprawa była w miarę przejrzysta: obowiązywało stosowanie określonego zestawu gotowych elementów wraz z zestawem (katalogiem) okien i drzwi, natomiast , co udało się wynegocjować w Tychach, to fakt, iż architekt mógł projektować budynki indywidualnie (składać je dowolnie z określonych, systemowych części). Wymogi w na tyle dużym stopniu wywierały piętno uniformizacji, by w taki przypadku pozostawić projektantowi margines swobody. Inaczej było z architekturą usługową, szerzej zwaną architekturą użyteczności publicznej. Nas interesują w tym miejscu głównie funkcje użyteczności powszechnie potrzebne i realizowane w osiedlach, jak szkoła podstawowa, przedszkole, żłobek, pawilon handlowo-usługowy, przychodnia lekarska. W tym zakresie architektury obowiązywał rygor stosowania projektów ogólnokrajowych projektowanych na skład. Rolą architekta było li-tylko przystosowanie takiego projektu do terenu; nawiasem mówiąc, część architektów chętnie akceptowała taką formę projektowania (ograniczonego), była ona zdecydowanie bardziej opłacalna. Działania takie znaczyły całkowite ujednolicenie architektury w zakresie programu i formy architektonicznej oraz nieliczenie się ze specyfiką terenu, jego odrębnością postrzeganą z różnych punktów widzenia. Niestety, w naszych realiach, w wyborze między jakością i ilością, częściej wygrywa ilość. W Tychach udało się przeciwstawić rygorom, zwłaszcza, jeśli chodzi o obiekty oświaty. A dlaczego i w jaki sposób?

Ale może spróbuję najpierw odpowiedzieć na pytanie: dlaczego architektura szkoły jest szczególnie w takim kontekście ważna, a zwłaszcza w realizowanym od nowa mieście? Budynki szkolne zaliczane są do obiektów użyteczności publicznej podstawowych usług osiedlowych. Ze względu na ówczesny program szkoły podstawowej, przez wiele lat 8-letniej jako obowiązującej, a krótko nawet 10-letniej oczywiste jest, iż codzienny kontakt z jednym i tym samym budynkiem jest znacznym i znaczącym czasem w naszym życiu, zwłaszcza biorąc pod uwagę znaczenie lat dziecinnych, relatywnie wydłużonych w naszej wyobraźni, a także intensywnie przeżywanych. Czas ten, co do swego oddziaływania na osobowość i długości przebywania w budynku szkolnym, zajmuje drugie miejsce, tuż za własnym mieszkaniem. Szkoła uczy więc młodego człowieka także zachowań w przestrzeni i jej percypowania.

Tychy | Osiedle D3, szkoła podstawowa, arch. Bożena i Janusz Włodarczykowie,  | Foto. Janusz A. Włodarczyk © 1971

W Tychach, po dwóch standardowych szkołach okresu socrelizmu, projektowanych w warszawskim biurze projektów w początku lat 50. i trzech szkołach pawilonowych (w tym dwóch też warszawskich),projektowanych już według dobrych europejskich wzorów (os. „E3” i liceum, os. ”F”), przełomu lat 50. i 60.oraz os. „E4“ arch. Z. Łojewskiego), wynikł, stosownie do wymogu prawnego, problem obowiązku stosowania projektów typowych (Tezy Typizacji, rok 1960). Zaangażowani wcześniej w projektowanie kilku szkół poza Tychami, ja wraz z moją żoną, nie chcieliśmy dopuścić do tego w projektowanym mieście. W momencie konieczności zaprojektowania kolejnej tyskiej szkoły w początkach lat 60. miałem już dobrą opinię jako autor kilku projektów tej dziedziny i udało się przekonać odnośnych decydentów do naszej argumentacji, a w przepisie, jak w każdym, istniały wyjątki od zasady. W rezultacie na terenie miasta nie powstała typowa szkoła ani przedszkole. W zdecydowanej większości od połowy lat 60. aż po rok 1992 szkoły w Tychach realizowane były według projektów naszego autorstwa. (il. 1,2). Nie wszystkie projekty zrealizowano, zapaść lat 80. nie pozwoliła się wielu z nich zmaterializować, do spraw tych dojdziemy w następnym rozdziale. W tym miejscu można stwierdzić, że przypadek obiektów szkolnych stał się w Tychach kolejnym przyczynkiem do tezy o odrębności realizacji miasta na tle specyfiki krajowej tamtych czasów. W tym miejscu warto zauważyć, iż tereny pod obiekty szkolne były wybierane ze szczególną troską, na przykład w osiedlach położonych po obu stronach parku Północnego szkoły tworzyły integralne elementy zieleni miejskiej.

Dominowała jednak architektura mieszkaniowa, domy mieszkalne. W latach 70. nacisk kładziony był na tym właśnie problemie, co zresztą miało wpływ na dalsze odkładanie realizacji centrum, jakkolwiek tu mamy akurat do czynienie ze sprzężeniem zwrotnym. Chodziło niewątpliwie o priorytety wykonawcze, ale i o minimalizację kosztów, tzw. mieszkaniówka była tańsza od architektury użyteczności publicznej. Budowa centrum oznaczała także dodatkowe kłopoty wykonawcy, który, jakkolwiek realizował każdą architekturę przeznaczoną w określonym czasie do realizacji, któremu niemniej łatwiej było powtarzać łatwiejsze w wykonaniu seryjne, proste z założenia budynki, niż wikłać się w sprawy mało rozpoznane pod względem technologicznym, z różnorodną kompozycją i funkcją architektoniczną.

Tychy | Osiedla M – Magdalena, budynki mieszkalne arch. Maria Czyżewska, I poł. lat 70.,        szkoła podstawowa arch. Bożena i Janusz Włodarczykowie,  | Foto. Janusz A. Włodarczyk © 1975

Lata 70. oznaczały dla miasta także przejście z realizacją przez linię średnicową, czyli przez wykop kolejowy – na południe. Kryły się za tym znaczenia różne, było ich kilka, wymieńmy dwa ważniejsze. Po pierwsze symboliczne, czyli też i psychologiczne: połowa została jakby za nami. Po drugie, południowa część miasta niosła w pełni już cechy miasta modernistycznego, co w przełożeniu na język bardziej zrozumiały oznaczało całkowite zerwanie z tradycyjną ulicą równo obudowaną budynkami z zachowaniem linii obrzeżnych, przy teoretycznie pełnej dowolności sytuowania budynków; przez dowolność należy w tym przypadku rozumieć dowolność ograniczoną specjalistycznymi przepisami, czyli z rozróżnieniem między wolnością plus regulatory a anarchią. Zjawisko odchodzenia od tradycyjnej siatki miejskiej miało już miejsce w osiedlach północno-wschodnich, poglądy na miasto nowoczesne nie powstawały z dnia na dzień. Plan ogólny z początków lat 50. był dokumentem ramowym, jak sama nazwa ogólny wskazuje, w przechodzeniu od ogółu do szczegółu trzeba czasu, który potrzebny jest na dokonanie przewartościowań. Przejście na południe stanowiło korzystną dla tego celu cezurą.

Zasada realizacji części południowej nie odbiegała w sensie kierunku działań w terenie od północnej: budowa przesuwała się także z zachodu na wschód. Widać to po pierwszych literach żeńskich imion osiedli: Honorata, Karolina, Magdalena, Natalia, Olga, Paulina, Regina, Weronika, Zuzanna. Co prawda, życie nieco w tym pozornym rygorze poprzestawiało, Magdalena, ze względów organizacyjnych pewnie, wyprzedziła o rok Honoratę ale nie bądźmy tacy znów dosłowni, ten alfabet był przecież formą zabawy. Nie wszystkie imiona zresztą się w praktyce przyjęły. Mówi się wprawdzie: mieszkam na Magdalenie, Honoracie, może Zuzannie, ale część imion została na papierze. Pewnie szkoda. Ważniejsza z pewnością jest identyfikacja osiedli z punktu widzenia ich realiów przestrzennych. I tu rzecz ważna i znamienna dla miasta: troska o różnorodność kształtu poszczególnych osiedli to wielki plus Tychów. Mieliśmy z tym do czynienia już w północnej części miasta. Począwszy od socrealistycznego, regularnego w układzie osiedla „A”, poprzez miękko prowadzone ulice osiedla „B” o małomiasteczkowym charakterze niewielkiej skali domów, o obrzeżnie prowadzonych w stosunku do siatki ulicznej domów osiedli „C” i „E 3” z dużymi przestrzeniami wnętrz w środku, swobodnie ustawionych niewielkich budynków punktowych osiedli „F” po centralnie usytuowane osiedla śródmiejskie „D1” i „D3” z wyższą zabudową.

Tychy | Budynek lodowiska, arch. Marek Dziekoński, II poł. lat 70. | Foto. Janusz A. Włodarczyk ©

W południowej części miasta, „Magdalena” jako osiedle stosunkowo terytorialnie niewielkie reprezentuje wyrazisty układ, z wyodrębnionym usytuowaniem szkoły i przedszkola od południa, ale też należy do osiedli o stosunkowo znacznym procencie wysokich budynków o zbyt dużej masie. Można uważać, iż w kategorii wysokich budynków mieszkalnych lepiej sprawdzają się punktowce niż budynki liniowe. I ta zasada była w Tychach częściej realizowana. W osiedlach później realizowanych, jak „Karolina”, „Weronika”, „Zuzanna”, przeważała zabudowa niższa, bezdźwigowa, o 4 i 5 kondygnacjach.
Tu dygresja: w Tychach do połowy lat 60. w budynkach bez wind normy mieszkaniowe przewidywały maksymalną wysokość 4 kondygnacji (3 piętra + parter), w wyniku ciągłego szukania oszczędności decydenci łatwo dopuszczali odstępstwa in minus, czyli podwyższania budynków do 5 kondygnacji. Wykonawca wciąż na to naciskał, lepiej się to mu opłacało i problem był przedmiotem ciągłych negocjacji; generalni projektanci niekiedy naciskom ulegali. Nie trzeba wyjaśniać chyba, czym dla mieszkańców była jedna kondygnacja więcej bez windy. W tym przypadku stanowisko projektantów budynków mieszkalnych było zwykle nieprzejednane. Stąd w Tychach można odnotować wysoki procent domów 4 kondygnacyjnych, gdzieś z końcem lat 70. decydenci od pięciu kondygnacji w budynkach bez wind odstąpili.

Warto przypomnieć i pewien problem nieco rozwinąć: jeśli chodzi o tyskie mieszkalnictwo, realizowane przez resort państwowy były głównie budynki mieszkalne wielorodzinne i w niewielkim stopniu jednorodzinne zabudowy zwartej, czyli szeregowej (częściej) i atrialnej (rzadziej). Domy jednorodzinne wolnostojące nie leżały w sferze zainteresowania państwa, realizowane mogły być indywidualnie przez użytkowników, puszczone na żywioł , z zasady bez pomocy ze strony państwa, raczej z utrudnieniami z jego strony. W Tychach nie było inaczej, problem ten pomijam, jako wyrastający poza specyfikę niniejszej relacji (il. 3 – 7).

W ramach podstawowej tkanki mieszkaniowej gros zabudowy to budynki klatkowo-sekcjowe, czyli różnej długości i wysokości zestawiane powtarzalne segmenty (sekcje) kilku mieszkań z klatką schodową i ewentualnie windą; jedną sekcją charakteryzują się budynki punktowe. Drugim typem zabudowy to budynki galeriowe stosowane i w kraju, i w Tychach rzadko, wcześniej o nich wspominałem. Odejście od tych dwóch zasad lub ich kombinacje zauważyć można w budynkach tarasowych (osiedle „Olga”) czy szeregowo-galeriowe (osiedle „E2”).

Architektami, którzy w życiu budującego się miasta w pełni identyfikowani są z architekturą mieszkaniową przez lat 30 jest małżeństwo Marii i Andrzeja Czyżewskich. Zajmowali się tą problematyką od ogólnej koncepcji systemów, od technologii, przez układy funkcjonalne mieszkań po kompozycję wybranych osiedli. Dokonania ich owocowały w latach 60. systemem wielkoblokowym 540 (od rozpiętości konstrukcyjnej 5.40 m), w latach 70. systemu z „Wielkiej płyty” W-70, aż po zmodyfikowany system W-70 dla doświadczalnego osiedla „Stella” w końcu lat 70., w sferze projektowania. Osiągnięcia tyskiego mieszkalnictwa to w wielkiej części ich zasługa.

Architektem zajmującym się tematyką mieszkaniową, z nieco krótszym stażem, jest Bożena Włodarczykowa, autorka osiedli „Regina”, „H4”- zwanego tyskim Manhattanem, z uwagi na intensywną wysoką zabudowę mini-osiedla, osiedli „H6” oraz „Zuzanna”. Autorzy osiedli i ich budynków mieszkalnych projektowali zwykle i ich mniejsze usługi: pawilony sklepowe i usługowe, przychodnię lekarską przedszkole, żłobek; tak było w przypadku wymienionych wyżej autorów.

Tychy | Dom Rzemiosła, Stare Tychy, arch. Bożena i Janusz Włodarczykowie, 1971. | Foto. Janusz A. Włodarczyk ©

Wymieniam tu autorów, którzy byli niejako przypisani do określonej tematyki, większość architektów zajmowała się architekturą różnych funkcji, nie sposób wszystkich w tym miejscu wymienić. Wyjątek może tu stanowić osiedle „H7” ze względu na jedyną próbę stworzenia w końcu lat 70.osiedla na zasadzie „gęsto-nisko”, charakteryzującej się swobodniejszymi układami i mniejszą wysokością, autorstwa arch. Stanisława Niemczyka oraz późniejszego uzupełnienia luki budowlanej osiedla „B” arch. Grzegorza Ratajskiego, a także pojedynczych budynków arch. Marka Dziekońskiego i arch. Felicji Matyśkiewiczowej.

Przeciągający się brak decyzji o realizacji centrum miasta budującego się trzecią dekadę, powodował sytuację niespotykaną w historii urbanistyki: rosło miasto bez środka, jak się to pięknie określa – bez serca. Zdarzały się pojawiać opinie: cóż to za projektanci, zrobić miasto bez centrum!. Oczywiście, trudno mieć wpływ na to, co ludzie mogą myśleć, skąd ostatecznie mogą wiedzieć? To, że centrum, jak trzeba, zaprojektowano, to oczywiste. Rzecz raczej w tym, że sukcesywnie, co parę lat do sprawy wracano, robiąc kolejne aktualizacje planu ogólnego, życie bowiem z upływem czasu koryguje teorię. Pracowano także nad aktualizacją centrum. Ogólnopolski konkurs na projekt dworca nad wykopem w początku lat 60., na skrzyżowaniu głównej osi N-S z linią kolejową utrwalał kolejno uszczegóławiany projekt centrum miasta. W wyniku kolejnych niepowodzeń generalni projektanci kładli większy nacisk na ideę jakby zastępczych centrów osiedli, choć nie mogło to zastąpić idei centrum, a też i w bardziej odległych od projektowanego centrum, lokalne ich ośrodki w każdej sytuacji byłyby uzasadnione W ten sposób niektóre osiedla zaczęły uzyskiwać rodzaj rynków, sposobem średniowiecznych miast lokacyjnych, również podobnie jak to miało miejsce z osiedlami „A” i „B”, kiedy jeszcze do centrum miejskiego droga była daleka. Powstały place-dziedzińce podcieniowe osiedli „Karolina” i „Zuzanna” oraz nietypowe place sprzężone osiedla „Honorata”, spięte kładką pieszą nad ulicą (il. 8- 10).

Budowa miasta: mieszkanie, budynki i przestrzenie wspólne – użyteczność publiczna, centrum – miasta serce. Jak czytelnik-internauta z pewnością pamięta, było na początku naszego opowiadania o mieście-sypialni, etykietce przyklejonej do Tychów. Nigdy one czymś takim nie były, tereny przemysłowe funkcjonowały na wschodzie i północnym wschodzie, a że nie pełną parą, że inwestycje przemysłowe nie były wielkiej skali – cóż, miasto zaczynało od zera, powiedzmy: prawie od zera szanując przecież mały organizm miejski, do którego nowe miasto, jakby-nie-było, przyklejono. Jednak o wielkiej skali przedsięwzięcia przemysłowego można mówić dopiero z początkiem lat 70. wtedy to zapadła decyzja budowy Fabryki Samochodów Małolitrażowych FSM, tu powstał i z Tychami związał się Maluch, mini-auto, czyli FIAT 126P, sposób na życie i przedmiot marzeń Polaka epoki Gierka, i jeszcze długo później, do końca lat 80., kiedy kraj staczał się po równi pochyłej, ale też i przedmiot żartów, i facecji, jako curiosum naszej motoryzacji. Dla miasta był to ewenement, czynnik niewątpliwie miastotwórczy, niewątpliwie też i ożywił jego życie i stał się Tychów znakiem rozpoznawczym, choć po latach historia mu się nie odwdzięczyła. Dziś znakiem rozpoznawczym jest, po przerwie, piwo tyskie i browar, taka jest historii natura. Ale jeszcze nie czas na podsumowania, jesteśmy jeszcze w latach 70.

Rok 1975 i administracyjna reforma kraju, nowy podział na województwa, z likwidacją powiatów, Tychy nagle stają się miastem nad rzeką i to nie-byle-jaką! Wisłą. Z dnia na dzień miasto powiększa bez wystrzału terytorium, staje się mocarstwem, anektując na wschodzie Bieruń Stary i Nowy, na południu Kobiór, nie jestem pewien, czy Mikołów nie czuł się zagrożony ;) . Taki stan trwał 23 lata, wielkość miasta wróciła do stanu poprzedniego, podział administracyjny kraju kolejnej zmianie miał ulec w roku 1998.

Okres po roku 1976 zaznaczył się w sprawach miasta, odpowiednio do narastającej sytuacji kryzysowej w kraju, tendencjami spadkowymi koniunktury. W projektowaniu jeszcze się tego tak bardzo nie odczuwało, niemniej realizacja poszczególnych zadań coraz to bardziej ulegała przyhamowaniu. Powiększenie terytorialne miasta otwierało nowe możliwości. Trzeba pamiętać, iż projekty znacznie wyprzedzały realizację, minęły czasy, kiedy to wykonawca wyrywał projektantowi dokumentację projektową wprost z deski kreślarskiej. Coraz częściej projekty zalegały na półkach w oczekiwaniu by znaleźć się na placu budowy. Nadal jednak państwowe biuro projektów szło pełną parą, projektowano licząc na zmianę koniunktury, zresztą decyzje zapadały centralnie. Ówczesny rachunek ekonomiczny byłby dziś trudny do zrozumienia. Czegoś takiego, jak bezrobocie, nie mogło mieć wtedy miejsca, ludzie musieli mieć pracę, rozpędzony pojazd musiał się toczyć.

W związku z budową fabryki samochodów stworzono możliwości przybliżenia kolejnych osiedli do nowego miejsca pracy, projektowanie wchodziło na tereny Jaroszowic i Cielmic, luźno zabudowanych wsi położonych na wschód od miasta, zakreślonego przez plan ogólny, a na północ i południe od realizowanego zakładu FIATA. W samych Tychach rodził się (na mojej desce kreślarskiej), z lokalizacją po wschodniej stronie zrealizowanej właśnie trasie przelotowej północ-południe, w miarę bezkolizyjnie prowadzonej na bezpośrednim obrzeżu zabudowy, drogi zwanej wtedy gierkówką, utrwalonej do dziś jako dwupasmówka, projekt Ośrodka Wychowawczo-Opiekuńczego. Nie cieszył się on dobrą opinią społeczeństwa jako, po prostu, poprawczak, przez władzę polityczną był natomiast lansowany jako obiekt prestiżowy. Sytuacja gospodarcza przesądziła o sprawie i obiektu nie zrealizowano.

Tychy | Hotel „Tychy”, arch. Tadeusz Łobos, adaptacja  arch. Marek Dziekoński, II poł. lat 70.Foto. Janusz A. Włodarczyk © 1971W ostatnich latach 70. tyskie biuro projektów żyło dużym, obiecującym zleceniem o charakterze studialnym z perspektywą długofalowych prac przeznaczonych do realizacji. Był to pokazowy projekt osiedla, z etykietą przyszłościowego. Powstał w ramach ogólnopolskiego tzw. Programu Rządowego PR-5. Wybrano 4 zespoły projektowe w kilku ośrodkach w Polsce, jednym z nich zespół tyski (obok zespołów projektujących dla Krakowa, Zamościa i warszawskiej Białołęki). Przedmiotem projektowania stało się osiedle „Stella”, zlokalizowane w południowej części miasta, w oparciu o las kobiórski. Zamierzenie było ambitne, i z punktu widzenia interesów miasta, też i biura – dawało długą gwarancję zabezpieczenia finansowego, wreszcie jako twórczego wyzwania dla architektów. Założenia przyjmowały odejście od dotychczas stosowanych technologii, ale też i bardziej ogólnie, od stereotypowego myślenia na korzyść nowych, bardziej humanistycznych koncepcji. Losy Stelli ważyły się jeszcze w latach 80.,o tym, co z tego wynikło, będzie w następnym rozdziale.

Tymczasem przyszedł sierpień roku 1980, nasza mała stabilizacja się skończyła. Powiało wolnością, na chwilę. Zrobiło się ciemno, coraz ciemniej…jeszcze na parę lat.

Zdjęcia wszystkie: Janusz A. Włodarczyk, 2, 6, 9: fot. 2008, pozostałe: fot. lata 80.

1. Osiedle D3, budynki mieszkalne, arch. Maria Czyżewska, lata 60./ 70.
2. Osiedle O – Olga, budynki mieszkalne arch. Maria Czyżewska, II poł. lat 70.
3. Osiedle H 7, budynki mieszkalne arch. Stanisław Niemczyk, II poł. lat. 70.
4. Osiedla W – Weronika, budynki mieszkalne arch. Andrzej Czyżewski i arch. Anna Kuszewska, lata 70./80.
5. Osiedle D3, szkoła podstawowa, arch. Bożena i Janusz Włodarczykowie, 1971
6. Osiedla M – Magdalena, budynki mieszkalne arch. Maria Czyżewska, I poł. lat 70.,
szkoła podstawowa arch. Bożena i Janusz Włodarczykowie, 1975
7. Budynek lodowiska, arch. Marek Dziekoński, II poł. lat 70.
8. Dom Rzemiosła, Stare Tychy, arch. Bożena i Janusz Włodarczykowie, 1971.
9. Hotel „Tychy”, arch. Tadeusz Łobos, adaptacja arch. Marek Dziekoński, II poł. lat 70.

prof. Janusz A. Włodarczyk Powrót


AddThis Social Bookmark Button

LITERACKI SŁOWNIK ARCHITEKTURY

Luty 20th, 2008 admin Posted in architektura Komentarze są wyłączone


spis
prof. Janusz A. Włodarczyk
ARCHINOTATNIK
ARCHINOTATNIK – TYCHY

W roku 2007 ukazała się kolejna książka Janusza A. Włodarczyka profesora architektury pt. LITERACKI SŁOWNIK ARCHITEKTURY

Książka jest próbą mariażu architektury z literaturą piękną, ma za zadanie przybliżyć ambitnemu czytelnikowi, także spoza profesji architektonicznej związki przestrzeni, w której żyjemy, z wielką literaturą światową, w konfrontacji z wrażliwością jej twórców.

…książka [...] napisana – jak zwykle przez J. A. Włodarczyka – płynnym, łatwo przyswajalnym językiem w formie eseju wyjaśnia pojęcia profesjonalne, które w miarę czytania tracą swą encyklopedyczną sztywność. Uzupełnione każdorazowo cytatami “alchemików słowa” stają się jeszcze bardziej bogate w emocjonalnym odbiorze. Zwieńczeniem tych doznań są towarzyszące [...] autorskie fotografie…
Z uwagi na swój unikalny charakter pomysłu wydawniczego, książka ta zasługuje na wydanie w języku angielskim.

/Z recenzji architekta Tadeusza Baruckiego/
LITERACKI SŁOWNIK ARCHITEKTURY
z ilustracjami autorskimi w tle.

książka jest próbą mariażu architektury z literaturą piękną,
ma za zadanie przybliżyć ambitnemu czytelnikowi, także temu spoza profesji architektonicznej,
związki przestrzeni, w której żyjemy
z wielką literaturą światową
w konfrontacji z wrażliwością jej twórców


AddThis Social Bookmark Button