VI. Lata 90. i Nowy Wiek. Życie toczy się dalej. Próba podsumowania

VI. Lata 90. i Nowy Wiek. Życie toczy się dalej. Próba podsumowania

Nieprzerwanych trzydzieści lat pracy przy realizacji nowego, od zera tworzonego miasta, od początku do zakończenia – a coś takiego się przecież w moim przypadku dokonało – to dla architekta przygoda nie lada. Z perspektywy tych lat, plus jeszcze kolejnych dwudziestu, kiedy to już przyglądałem się mu z innego już punktu patrzenia, już nie od strony architektonicznego warsztatu praktyki, lecz od teorii: myślenia, pisania i dydaktyki, wszystko to razem wzięte daje kompleksowy obraz zjawiska, jakim jest architektura.

Zabawna zbieżność, ale faktem jest, iż zakończenie mojej pracy w Miastoprojekcie-Nowe Tychy i rozpoczęcie pracy dydaktycznej i naukowej nastąpiło w roku 1989, wraz z upadkiem nowego ustroju. Rok ten był więc przełomem dla kraju, dla mnie i, rzecz jasna, dla Miasta.
W pierwszych kilku latach życia Tychów w nowych warunkach, po roku 1989, dawała się zauważyć i odczuć krytyka miasta i jej twórców, zwykle niekonkretna i enigmatyczna, a jeśli nawet, gdy dotycząca już konkretu, to wyraźnie emocjonalna, o charakterze poza-merytorycznym, ogólnie zawsze słuszna, negliżująca zawsze niesłuszne: dziwnie przypominało to dawny język politycznych przeciwników. Z czasem sytuacja uległa zmianie, emocje uspokoiły się, miasto i tak żyło własnym życiem – jak powinno. Niejako wbrew przewidywaniom i sugestiom, bowiem, jak mogło się wydawać, błędem ówczesnych decydentów, jak sądzić, i pierwszym czynnikiem z pewnością ryzykownym, był fakt budowania miasta od nowa: zacząć i skończyć budowę od jednego rzutu, w życiu jednego pokolenia, a nawet przez ten sam zespół ludzi. Miasta zawsze budowały się w dziesiątki i setki lat, rosły w czasie, w różnych czasach i uwarunkowaniach. Historia buduje miasto (History builds the town – jak głosi tytuł znanej książki). W tradycji antyku, trwającej te 3.000 lat z okładem od Greków zacząwszy, kontynuowanej po koniec wieku XIX, miasta rosły przez dodawanie i nawarstwianie, stosownie do takiej samej, wciąż obowiązującej konwencji. Dodawano budynki o zmieniających się stylach, ustawiane przy przedłużanych i dodawanych ulicach-kanionach, przy zmianach ilościowych, nie – jakościowych. Wszelkie próby nielicznych miast realizowanych od nowa w modernizmie, przy diametralnie innych uwarunkowaniach w stosunku do wcześniejszych (stan nauki, techniki, liczba ludności, wreszcie mentalności ludzkiej, itd) – włączając niesamodzielne małe, satelickie organizmy, jak miasta pod-paryskie czy pod-sztokholmskie, a także miasta budowane przez systemy autorytarne, jak Brasilia, Chandighar czy totalitarne – miasta sowieckie, nie miały dobrych notowań. Było początkowo tak i z Tychami, etykieta socjalistyczne przeszkadzała. A jednak po dwudziestu latach możemy w podsumowaniu już stwierdzić: to, co z natury rzeczy oceniane było negatywnie, udało się i miasto żyje życiem prawdziwym, jest oceniane i przez specjalistów, i przez jego użytkowników, w większości laików – pozytywnie. Czas zrobił swoje, trzeba było jednak wymiany jednego pokolenia.

Czym innym było zaakceptowanie mieszkania w mieście o tradycyjnym, historycznym układzie uzupełnianym osiedlami według nowych, modernistycznych zasad niż mieście modernistycznym w całości, bez historycznego centrum, jako kręgosłupa. Ten duchowy i fizyczny kręgosłup jaki dawała siatka urbanistyczna ulic i zwartej zabudowy obrzeżnej, w śródmieściu monumentalnej dawał pewność i zaufanie, dawała to miejskość dzięki zwartości w przeciwieństwie do rozluźnienia wiejskości. W nowych osiedlach starych miast człowiek szybko przyzwyczaił się do wygód mieszkania w modernistycznym bloku mając rekompensatę w postaci historycznego centrum – by załatwić sprawy, dokonać zakupów i – pospacerować, poprzyglądać się miastu i jego dostojnym budowlom. Tego mu w nowym mieście zabrakło.
Zabrakło mu tego w Tychach i, jak już powiedziano, trzeba było czasu, by zdołał się do nowego przyzwyczaić. W tym też należy szukać głównych przyczyn krytyki miasta, jakkolwiek były przyczyny i inne, konkretnie związane z konkretnym miastem dopiero co (prawie) ukończonym.
Spróbujmy bliżej przyjrzeć się krytyki przedmiotom, z czasem słabnącej, co już powiedziano. Było, czy może dalej jest ich kilka, powtarzających się, zbieżnych ogólnie rzecz biorąc z krytyką modernizmu, czyli nowoczesności w jej wymiarze przestrzennym z jednej strony oraz z krytyką działań reżimu jako zjawiska już poza przestrzennego.
Brak centrum miasta. Jakkolwiek realizację Tychów według zatwierdzonego planu, zapoczątkowano budową osiedla B z własnym centrum lokalnym, które długo służyć miało miastu jako jedyny ośrodek kulturalno-handlowy, (uwzględniając istnienie realizowanego przed zatwierdzeniem planu ogólnego osiedla A-Anna, w jego przypadku faktycznie osiedla-sypialni)) centrum miasta zaprojektowane dokładnie w jego środku, w postaci czworoboku usytuowanego na skrzyżowaniu się osi zielonej i średnicowej linii kolejowej, mieszczącym cztery osiedla mieszkaniowe oraz główne obiekty administracji miasta, zawsze miało być budowane. Kiedy? Sukcesywnie, łącznie z mieszkalnictwem, stosownie do harmonogramu. To polityczne decyzje zmieniały ten stan rzeczy, na co generalni projektanci wpływu nie mieli (bowiem nie oni jego budowę finansowali!), a wszelkie stwierdzenia, że bądź centrum nie zaprojektowano, bądź że sami projektanci opóźniali jego budowę, wynikały i nadal wynikają albo z niewiedzy, albo są celowymi przekłamaniami.

Blokowiska. Jak wiadomo pojęcie blokowisko jako zwulgaryzowana zabudowa blokami, czyli budynkami o znaczniejszych gabarytach – jakich? trudno to określić, jest określeniem o charakterze emocjonalnym – gabarytach niewątpliwie zbyt wysokich i zbyt długich. Więc wielkość, ale nie tylko. Drugim czynnikiem tej wulgaryzacji była jakość wykonawstwa: nieprecyzyjna, prymitywna, brzydka, byle jaka, w konsekwencji ograniczonych asortymentów materiałów i ich złej jakości. Trzecim – powtarzalność budynków, o regularnych rytmach. Kontakty ludzi z takimi samymi budynkami zagranicą, tyle, że lepszego gatunku, mogły być i bywały zdecydowanie bardziej pozytywne (nawet u nas, przykład osiedla arch. B i S. Brukalskich na warszawskim Żoliborzu czy podobnych innych, można uznać jako symptomatyczny). Zresztą, relatywnie w stosunku do znacznej liczby zabudowy wielorodzinnej w Polsce, jak wiele osiedli budowanych w dużych istniejących miastach czy w mieście Jastrzębie, zabudowa Tychów była zawsze przykładem znacznie bardziej humanistycznej skali i charakteru.
Szarość miasta. No cóż, szarość może być piękna, a kolorowość nie-piękna, jarmarczna, kakofoniczna. Paryż jest szary i odbiera się go jako piękny, a szara gama kolorów miasta jest tam zastrzeżona administracyjnie. Wiele miast Europy ma swą tradycyjną kolorystykę i nikomu nie przychodzi do głowy, by malować domy w kolorach dowolnych. Nieakceptowalność szarości Tychów wynikała z obrazu stwarzanego przez niechlujstwo i bylejakość wykonawstwa, budynków i ich otoczenia, też i złą jakość materiałów budowlanych, a następnie przez brak remontów przez dziesiątki lat! Człowiek w starym, zniszczonym ubraniu, zaniedbany, będący na bakier z higieną osobistą, akceptowany przez społeczeństwo nie będzie. A poza tym: architektura nowoczesna, ze względu na technologie operujące dużymi płaszczyznami wymaga większej troski w utrzymaniu czystości i porządku niż budynki tradycyjnie ornamentowane, o formach rozdrobnionych, u których często znajdujemy wręcz urok ich się starzenia.
Warto też zauważyć, że takie, jak i różne inne, większe i mniejsze zastrzeżenia zauważane w różnym stopniu w nowych osiedlach, z reguły, w nowym mieście musiały wystąpić ze znacznie większą ostrością. Ludzie przyzwyczajeni do życia w mieście tradycyjnym, z jego ulicami-kanionami i zabudową zwartą, jak, w większym jeszcze stopniu – z drugiej strony – ludzie przywiązani do życia wiejskiego, gdzie przestrzeni nie ceni się, gdyż jest jej dużo, nie mogli akceptować przeniesienia się w całkiem inną jakość przestrzeni, generującej inność zachowań. A, jak wiemy, zmiany kulturowe przyswajamy sobie znacznie wolniej niż zmiany cywilizacyjne, zwłaszcza techniczne: łatwiej jest się nam nauczyć i przyzwyczaić do obsługi pralki elektrycznej czy lodówki, a nawet do komputera niż przeczytać i zrozumieć ambitną książkę czy zrozumieć i zaakceptować ambitną muzykę.

* * *

Lata 1989–2009, dwadzieścia lat. To dużo, w naszych czasach to epoka. Tyle trwała nasza niepodległość w Drugiej Rzeczpospolitej. W tym czasie Polskę zbudowano jakby od nowa, duchowo i materialnie – w sensie przestrzennym i budowlanym: dosłownie. W kilkanaście lat powstało od nowa jedno wielkie miasto plus port morski, zagospodarowano wielką część kraju, nie miejsce tu, by wyliczać, lista osiągnięć była olbrzymia. Warto jednak uprzytomnić sobie, że te 20 lat międzywojnia i 20 lat III Rzeczpospolitej to nie taki sam czas. Wziąwszy pod uwagę coraz większe przyspieszenie w mijaniu naszego czasu, tamte dokonania zdają się relatywnie jeszcze większe. Jednak sama matematyka to mało. Tymczasem wróćmy do naszych problemów: jak na tym tle mają się Tychy?
No cóż, miasta od nowa, jak Gdyni, zbudować trzeba nie było. To nasze już istniało. Konieczne było tylko po socjalitaryzmie posprzątać i kontynuować ledwie rozpoczęte, kawałkami budowane centrum. Abyśmy jednak dobrze się zrozumieli, kontynuując nasze rozważania wcześniejsze, posprzątać i kontynuować coś, co niedokończone, nie znaczy tylko to zrobić i koniec, kropka. Czas ucieka, zmieniamy się, potrzeby rosną i się zmieniają. Miasto dalej ma żyć zwykłym życiem, z dnia na dzień i rosnąć w miarę potrzeby, stosownie do rozsądnej idei, dodając i dodając. I można sądzić, iż to nas bardziej interesuje od faktu czy nieco więcej bądź nieco mniej uczyniono w dalszym życiu miasta, w zakresie wartości niejako dodatkowej, uzyskiwanej tak, jak w każdym innym mieście. Bowiem, aby uczciwie ocenić wartość miasta zaprojektowanego i zrealizowanego w czterdziestoleciu, trzeba było jakby postawić kropkę nad i – dokonując tego ostatniego szlifu. Czy dokonano tego?
Jak rozumieć sprzątanie po peerelowskim reżimie? Padło wcześniej stwierdzenie kiedyś-gdzieś powiedzenie generalnych projektantów, wypowiedziane żartem, ale był w tym sens: zbudowano miasto zrobione na brudno, trzeba by je teraz zrobić na czysto. Jakże trafne.
W istocie, teraz to widać. W wyniku dokonania zabiegów kosmetycznych, po wykonaniu gruntownej przebudowy nawierzchni jezdnych i pieszych, porządkując zieleń, remontując nieremontowane przez dziesiątki lat budynki z odnowionymi elewacjami, doprowadzając do ładu tzw. małą architekturę, czyli dokonując stosunkowo niewielkich zabiegów, uzyskano niezłe efekty. Okazało się, iż koncepcje sprzed pół wieku doskonale się sprawdzają, nie są przestarzałe, a często przeciwnie, w stosunku do nowobudowanych po-postmodernistycznych nowości wręcz odbierane są jako tonizujące. Nie dziwi to, wszak modernizm, po zawirowaniach z postmoderną wrócił do łask już dobre parę lat temu, choć ta wciąż jeszcze kiczem straszy.
A centrum? Pomału, zbyt wolno, jednak – budynek za budynkiem, bazując na wcześniej rozpoczętych już wątkach budowlanych, powstaje, wprawdzie chaotycznie, bez widocznej koncepcji całościowej, ale może wreszcie się ona narodzi. Na razie, choć żywiołowo, coś się w tym miejscu dzieje, co oznacza, że jest potrzebne, teren ten zawsze był niezwykle cenny.

* * *

Te dwadzieścia lat jakby drugiego życia Tychów, choć nie formalnie, ale faktycznie podzielić by można na dwa okresy: pierwszy lat 1989-2004, czyli do momentu wejścia Polski do Unii Europejskiej i drugi, od 2004 – dalej. W pierwszej połowie lat 90. – powtórzmy to – zmarnowano dużo czasu na próby poprawiania pierwotnych założeń planu, w charakterze bardziej intencjonalnie i emocjonalnie prowadzonego udowadniania negatywnych konsekwencji socjalistycznego myślenia twórców miasta, niż działań merytorycznych. Dziś to nie ma żadnego znaczenia, choć i wtedy nie sposób było zjawiska postrzegać poważnie i czasu tego traktować w kategoriach okresu w życiu miasta.
Ale, w czym jest rzecz, gdy mowa o przełomie, o cóż tu chodzi? Jak zwykle – o pieniądze. W tempie działań, o których wyżej była mowa, widać jest to wyraźnie. Od roku 2004 sprzątanie nabrało wyraźnego przyspieszenia i po pięciu latach zauważa się znaczny postęp w obrazie miasta. Stosownie do podziału kompetencji: miasta, spółdzielczości i osób prywatnych odnawiane są budynki i ich otoczenie – drogi, zieleń i infrastruktura miejska. Stosunkowo lepiej radzi sobie reprezentacja i administracja, banki, handel, kościół. Nieco gorzej jest z mieszkalnictwem, efekty są bardzo rozmaite. Ostatnio zatroszczono się o parki: Północny, Niedźwiadków, przestrzeń między osiedlami R-Regina i K-Karolina, no i otoczenie jeziora Paprocańskiego, jako ośrodek sportu i rekreacji. Tragicznie przedstawia się obraz szkół, tu ostatnio zaledwie coś drgnęło: obiekty są zdewastowane, graffiti i reklama panoszą się bez konsekwencji przez wiele lat. Szkolnictwo miasta to jakby ziemia niczyja. Powoli, bardzo powoli szkoły są wreszcie remontowane. Kolorystyczny obraz miasta robi wrażenie absolutnie żywiołowego: całkowita dowolność. Szkoda, gdyż kolor miasta decyduje o kulturze i harmonii jego przestrzeni, i bez rozsądnych rygorów trudno jest problem opanować. Harmonia to wyważony stan między rygorem i dowolnością.
Ostatnie 2-3 lata niewątpliwie pozwalają mieć nadzieję, że ilość zaowocuje jakością. Proporcja pozytywów w stosunku do negatywów coraz to bardziej zmienia bilans na dodatni. O efekty sprzątania możemy chyba być spokojni, w 2-3 kolejne lata Tychy powinny usunąć zaniedbania narastające latami, jakkolwiek w tym miejscu i czasie interesuje nas już nie to: co zrobimy? lecz: jak zrobimy? No, a centrum miasta? Zda się ono jego swoistym punktem honoru. Bez podjęcia tzw. męskiej decyzji i działań w kierunku stworzenia sensownej koncepcji będzie jak jest, czyli źle i co gorsza – wstydliwie.
W tym miejscu dygresja z przykładem, nie byle jakim, warszawskim. Ostatnio, w spektakularnych działaniach programu Warszawa w budowie – festiwal projektowania, X-XI. 2009, skądinąd interesującej inicjatywy, usiłuje się sugerować, iż charakterystyczną dla miasta tymczasowość działań i opieszałość w przedsięwzięciach przestrzennych, brak adekwatnego prawa i w konsekwencji brak centrum, można by postrzegać jako nasz, polski atut, pozytywną inność (wzięte z audycji w programie II PR, 16 września 2009, godz.18.00). Czyli złe może stać się dobre i odwrotnie, zbyt to chyba niepokojące objawy relatywizmu. Czyż nieco nie przypomina to nam naszej, tyskiej sytuacji?

* * *

Zbliżamy się ku końcowi opowieści o Tychach. Zajmowały nas jego narodziny i krótka, jak na miarę istnienia miasta, jego historia. Historia jego stawania się; od pomysłu, poprzez wyartykułowanie, jakie ma ono być, wreszcie jego budowę. Wszystko to zgodnie z planem urbanistycznym, zacząć i skończyć. Zawirowania polityczno-ekonomiczne spowodowały spowolnienie kończenia, przedłużyło się o wiele lat, nie miało to może tak istotnego znaczenia na życie miasta, choć bywało i niewygodnie, i brzydko: każdy odczuwa potrzebę codziennej kosmetyki i okresowych napraw: człowiek, jego auto, jego dom i miasto. Wiele w tym zakresie zrobiono i wiele się nadal robi. A co nowego powstało w mieście w minione lat dwadzieścia?
Jak każde normalnie funkcjonujące miasto, tak i Tychy żyją własnym życiem. Ludzie żyją i umierają, rodzą się następni. Zmienia się styl życia, pojawiają się nowe potrzeby: nowe funkcje, nowe formy. Mieszkań wciąż brakuje, ale i miejsc pracy i wypoczynku, handlu i kultury. Może w mniejszym stopniu edukacji, tej ogólnej, powszedniej. I sukcesywnie wszystko to miasto zyskuje.

W dwudziestu latach powstało kilka udanych osiedli, jak B-Barbara na dawnych terenach przemysłowo-składowych w środku miasta czy po przeciwległej jego stronie osiedle jednorodzinne Z-Zuzanna, harmonijnie skomponowane z kościołem św. Maksymiliana Kolbego czy ekskluzywne, chronione osiedla w zachodniej części miasta, w rejonie kościoła Ducha Świętego. Zaistniał niezły budynek Poczty Głównej z udanym wielofunkcyjnym punktowcem vis-a-vis, przy ul. Dąbrowskiego. Osiągnięciem niewątpliwym jest powstanie tyskiej wyższej uczelni w postaci WSZiNS, ważnego elementu kulturotwórczego dla miasta czy Muzeum Miejskiego i Piwowarskiego na terenach rozbudowującego się wciąż browaru, swoistej wizytówki miasta, skądinąd reprezentującej dobrą architekturę. Warto odnotować troskę o obiekty sportowe miasta – z powodzenie powstają nowe bądź rewaloryzowane boiska czy basen miejski z zapleczem hotelowym. Zaczątkiem być może wreszcie przymiarki do realizacji centrum miasta jest od niedawna istniejące City Point – obiekt kultury i handlu z multi-kinem.

Budowana świątynia oo. Franciszkanów zapowiada się na kolejne osiągnięcie sakralne autora. To główne obiekty, którymi miasto może się pochwalić (il.1-8).
Nieco inaczej rzecz się ma z handlem jako z obiektami centrotwórczymi miasta. Powstało kilka marketów. Od wielu lat istnieje Real (to już jego trzecia nazwa), OBI (właśnie powstaje jego drugi obiekt), Tesco oraz kilka pomniejszych. O 15 minut dojazdu dostępny jest Auchan w Mikołowie czy o 25 minut zespół marketów w Bielsku-Białej. Jak wiadomo, większe markety, jako przeznaczone dla użytkowników zmotoryzowanych, z zasady lokalizowane są poza miastami. W środku miast lokalizuje się wprawdzie też dla użytkowników z zapleczem parkingowym, ale nie tylko. I to należy rozróżnić, jakkolwiek ani jednych, ani drugich nie powinno się traktować alternatywnie w stosunki do centrum miasta, jego centrum kulturotwórczego. W Tychach powstanie tychże marketów uzasadniano jako obiektów alternatywnych w stosunku do przewidywanego centrum kulturowo-handlowo-administracyjnego, co zda się nieporozumieniem. Wspomnianą sieć handlu obsługującego interesanta zmotoryzowanego należy uważać jako użyteczną i pożądaną, jakkolwiek nie zwalnia to gospodarzy miasta z idei centrum miasta – jego serca miasta, do którego się też i przychodzi, a nie tylko przyjeżdża. Warto o tym pamiętać, gdy przyglądamy się naszemu życiu z samochodem, ale też i myślimy perspektywicznie. Wcześniej czy później (choć raczej wcześniej) samochód w mieście stanie się anachronizmem, a na dobrą sprawę – już się stał.

W konkluzji ostatnich rozważań – refleksja: w działaniach przestrzennych, architektonicznych wyliczanka sukcesów zasadza się zwykle na obiektach zrealizowanych, na dokonaniach. Czasem, może zbyt rzadko, za osiągnięcie uważać należy coś, czego nie zrobiono. Warto w Tychach taki przykład zauważyć. Parę lat temu ktoś wpadł na pomysł, aby zasypać wykop kolejowy, tłumacząc jego rzekomą zbędnością przedsięwzięcia. Wiemy z wielu doświadczeń, iż poprowadzenie linii kolejowej jako średnicowej jest dla miasta atutem. Kłopotliwą kolej można nawet osłonić od góry, uzyskując dodatkową przestrzeń, w Warszawie już w międzywojniu dokonano tego idealnego zabiegu. Proponowany nonsens zyskał nawet aplauz i był poważnie dyskutowany na wysokich szczeblach. Pomysł upadł, choć skończyć mógł był się różnie. Szczęśliwie ktoś jednak pomyślał. Dziś pociągi, po wieloletniej przerwie znów kursują na trasie Tychy-Katowice. Być może niedługo docenimy, jak cenną rzeczą jest istnienie tej inwestycji, pamiętając ideę zasady planu miasta sprzed półwiecza.
Być może też Tychy zyskają też i swe centrum, należy się im.

Zdjęcia wszystkie: Janusz A. Włodarczyk, fot. po roku 2000

1. Osiedle B-Barbara, brak danych o autorze, lata 90.
2. Os. Barbara, pasaż Europejski, ul Bacha, arch. K. Barysz, lata 90.
3. Muzeum Miejskie i Browarnicze, arch. T. Konior, arch. K. Barysz, 2005
4. Browar, rozbudowa, brak danych o autorze, lata 2004-2005
5. Wyższa Szkoła Zarządzania i Nauk Społecznych WZiNS, lata 2002-2004
6. Nove Kino, City Point, brak danych o autorze, 2006
7. Kościół i klasztor oo. Franciszkanów, arch. Stanisław Niemczyk, lata 90., w budowie
8. Budynek mieszkalno–usługowy, ul. Dąbrowskiego, arch. Ryszard Mendrok, 2005


>> RSS 2.0 feed. >> Both comments and pings are currently closed.

AddThis Social Bookmark Button

Comments are closed.