IV. Lata 70. Od stabilizacji do stagnacji. Wielka płyta i blokowiska

spis
prof. Janusz A. Włodarczyk
ARCHINOTATNIK
ARCHINOTATNIK – TYCHY
wprowadzenie
link bezpośredni: www.kocham.tychy.pl/archinotatnik

IV. Lata 70. Od stabilizacji do stagnacji. Wielka płyta i blokowiska
prof. Janusz A. Włodarczyk

Do poprzedniej dekady przylgnęło, zasygnalizowane już wcześniej w moich rozważaniach, określenie: cudowne lata sześćdziesiąte, jednak to: cudowne nie dotyczyło z pewnością naszego kraju, symbolizując dobrobyt, jaki osiągnęła Europa wychodząca na prostą po zniszczeniach wojennych: tak dobrze nie było ani wcześniej, ani później. W kraju, z biegiem lat 60. zaistniało określenie nasza mała stabilizacja – chyba Tadeusz Różewicz był określenia autorem – i wraz z nastaniem ery Gierka osiągnęła ona, w pierwszej połowie lat 70., swoje apogeum, potem, od czasu strajków w Radomiu i Ursusie roku 1976, było już inaczej i tylko gorzej. Weszliśmy wtedy w okres prosperity, jakkolwiek spektakularnej i w gruncie rzeczy pozornej, gospodarcza kondycja kraju była bowiem słaba, opierająca się na rosnącym zadłużeniu państwa, wymagała tego propaganda. Ostatnie akordy władzy Gomułki z dramatycznymi wpadkami (że użyję eufemizmu) w postaci Marca i udziału w sierpniowej pacyfikacji naszych południowych sąsiadów w roku 1968 oraz wypadków Gdańskich roku 1970 wymagały widowiskowego odcięcia się od tych wydarzeń; w takich sytuacjach potrzebna jest nowa miotła, no i wmiotła to wszystko – pod dywan. Dekada lat 70. rozpoczęła się pod nowym hasłem, budowania Drugiej Polski, efekty znamy, były zgodne z zasadą: zanim zabierzesz się za drugie, pierwsze zrób dobrze, do końca. Zresztą, czy można było tego rodzaju enuncjacje traktować poważnie?

Tychy | Osiedle D3, budynki mieszkalne, arch. Maria Czyżewska,  lata 60./ 70.  | Foto. Janusz A. Włodarczyk ©

Lata 70. w polityce przestrzennej i w inwestowaniu przez nową władzę zaznaczyły się od początku przyśpieszeniem realizacji, głównie tkanki mieszkaniowej, a następnie poważnej i spektakularnej inwestycji przemysłowej. Niezbędne było pokazanie się urbi et orbi z jak najlepszej strony, a jednocześnie stan gospodarki się pogarszał. Używając sloganowego określenia postawiono na ilość. Odchodzenie od troski o jakość architektury nie było czymś nowym, jednak przyspieszenie tempa w inwestowaniu oznaczało z natury rzeczy obniżanie jej poziomu, stało się to normą, zaznaczającą się w różnych sferach działań przestrzennych, od symboli po realia realizacyjne. Symbole? Usuwano pojęcie architektura (produkt naszych działań), zastępując je budownictwem (proces przecież). Zjawisko to zaczęło funkcjonować dekadę wcześniej: Komitet Urbanistyki i Architektury KUA (odpowiednik Ministerstwa) przekształcono w Komitet Budownictwa, Urbanistyki i Architektury (1961), wkrótce w ogóle zlikwidowano, zostało Ministerstwo Budownictwa: nie ma nazwy, nie ma sprawy. Obecność architektury jako sztuki w życiu społecznym coraz bardziej znikało zastępowane pojęciami technicznymi. Wykonywanie zawodu architekta wyłącznie w strukturach biur projektowych podległych technicznemu pionowi zarządzania przypieczętowywało sprawę.

Tychy | Osiedle O – Olga, budynki mieszkalne arch. Maria Czyżewska, II poł. lat 70.   | Foto. Janusz A. Włodarczyk © Jednym z istotniejszych czynników powodujących wzrost tempa realizacji było wprowadzanie uprzemysłowienia budownictwa, w tym prefabrykacji, traktowanej jako głównego zakresu działań budowlanych. Wprowadzano ją w Polsce – i w Tychach – na przełomie lat 50. i 60., to już wiemy. Zjawisko narastało i o ile w latach 60. zachowano właściwe proporcje co do zakresu, skali i jakości w jego obrazie, o tyle sukcesywne odchodzenie od tych warunków w latach 70. doprowadziło do jego wynaturzenia. „Wielka płyta” w wyniku tendencji do traktowania jej jako wartości samej w sobie, jako w wyobrażeniu wielu remedium na wszelkie dolegliwości inwestowania i jego efektów, stała się w powszechnym obiegu pojęcia synonimem uniformizmu, bylejakości, nieludzkiej skali budynku; słowo blokowisko w swej językowej formie z założenia było pejoratywne. Nie musiało tak być: realizacja budynku z gotowych części, z elementów, nawet wielkowymiarowych, nie przesądzała o negatywnym jego obrazie – problem został szeroko omówiony w rozdziale poprzednim. Po prostu, w ramach tych samych działań dobrą z założenia jakość zastąpiono złą. Na przełomie lat 60. i 70. dopracowano się w kraju własnych systemów, jak W-70, system szczeciński i OWT. W uzupełnianiu, w kontraktach zagranicznych zawieranych na Zachodzie w związku z nowymi technologiami prefabrykowanymi korzystano z ofert, według obiegowych opinii tańszych i jakościowo gorszych, stosownie zaś do konkretnych relacji osób kompetentnych, zbyt skomplikowanych, jak na nasz poziom umiejętności eksploatacyjnej przy stosunkowo bardziej prymitywnych metodach działań. Jak na olbrzymie potrzeby inwestycji w kraju, określone systemy były monopolistą, co przy braku konkurencji i możliwości wariantowania stwarzało obraz negatywnego ujednolicenia, biorąc pod uwagę wymóg najprostszych (czytaj: najprymitywniejszych) koncepcji architektonicznych. Na jakość produktu wpływ miała także coraz gorsza jakość kadry różnych szczebli specjalizacji, od inżyniera po robotnika. Szybkość wymuszona niekompetencją i niskimi zarobkami dopełniała reszty. Przedsiębiorstwa wykonawcze, sukcesywnie centralizowane, stały się, że powtórzę, rodzajem lobby, państwa w państwie i głównym decydentem w sprawach inwestycyjnych, wywierającym presję na architekta i na inwestora.

Tychy | Osiedle H 7, budynki mieszkalne arch. Stanisław Niemczyk, II poł. lat. 70. | Foto. Janusz A. Włodarczyk ©

Nie znaczy, iż po stronie projektanta wszystko funkcjonowało bez zarzutu, jak w każdym zawodzie i w każdym podejmowanym zadaniu, zawsze należy jednak brać pod uwagę problem proporcji, w naszym przypadku także hierarchii ważności działań inwestycyjnych i ich stosowania. Masowość architektury, wprowadzenie typizacji, czyli obowiązkowej powtarzalności projektów na niespotykaną dotąd skalę, a także szybkość działań wymuszona czynnikami, jak i w wykonawstwie, wszystko to powodowało system naczyń połączonych. Inwestor reprezentował politykę państwa, forma jego działań zależała od wiedzy i umiejętności ludzi sprawujących określone zadania, to oczywiste.

Taki był obraz budowania w Polsce tamtych czasów, z grubsza – co oczywiste – traktując problem. Czy obraz taki można przełożyć na wizerunek realizacji Tychów? I tak, i nie, albo: niezupełnie tak. Każde zjawisko w konkretnych przypadkach nabiera różnych form, osiągając rezultaty rozmaite. W porównaniu z realizacją mniejszych lub większych zadań, jak nowe osiedla czy nawet dzielnice, przestrzenne i budowlane uzupełnienia starej substancji większych czy mniejszych miast, przy różnej skali działań, problemy były rozwiązywane mniej lub bardziej doraźnie. W przypadku budowy nowego miasta mieliśmy do czynienia z działaniem na dużą skalę, długofalowym. Istniała większa możliwość stosowania odpowiedniej, w miarę, strategii i taktyki. Na tle przedstawionego wyżej obrazu działań trzech uczestników w tworzeniu miasta: inwestora, projektanta i wykonawcy, można mówić o czynniku konfliktowości występującej w związku z istotnym tzw. własnym interesem każdego z nich. Teoretycznie, używając wielkich słów, interes był wspólny i szczytny, w praktyce – szczytny z pewnością tak, ale wspólny – niekoniecznie. Konflikt dotyczył jakości produktu, czyli architektury, system norm preferował ilość w stosunku do jakości, lepsza jakość wymusza zawsze większy nakład pracy i inwencji. Wykonawca nie był w tym zainteresowany. Twórcy, tutaj: architektowi, z natury rzeczy zależy (powinno zależeć) na jakości produktu, a zatem stara się wkładać w pracę relatywnie więcej inwencji, ale też i czasu. Konfliktogenność problemu powodowała potrzebę kompromisów i negocjacji. Przy określonej specyfice realizacji miasta i permanentnych kontaktach ludzi trzech przedsiębiorstw/kontrahentów można było negocjować optymalne rozwiązania w miarę satysfakcjonujące strony. Jak zawsze, liczą się ludzie. Rola głównego projektanta była tu nie do przecenienia. Funkcja ta posiadała znaczną autonomię działań i znaczny autorytet, mimo istotnej kontroli czynnika politycznego, pamiętajmy, iż żyło się w systemie autorytarnym, w socjalitaryzmie (neologizm autora). Profesorowie Hanna Adamczewska-Wejchert i Kazimierz Wejchert funkcję tę razem sprawowali faktycznie do śmierci Profesora w roku 1993. Umieli wykorzystać zarówno i autonomię, i autorytet. W działaniach z kontrahentami umiejętnie potrafili wyważyć interes miasta z własnymi ambicjami, ale też i utrzymać dobre stosunki partnerskie oraz komfort w miarę harmonijnej współpracy. Byli z miastem zżyci, dzieląc dom na Tychy i Warszawę z tym, że w Tychach bywali więcej traktując je jako główne miejsce do życia. Czynnik ten był obecny w znacznej części zespołu projektanckiego, głównie zasiedziałych członków zespołu, w tym zwłaszcza architektów (z czym identyfikowaliśmy się też i ja z moją żoną). Było to nie bez znaczenia dla problemu pozytywnej odrębności realizacji Miasta w porównaniu z innymi miejscami w kraju. Tychy bowiem po dziś-dzień odbierane są powszechnie jako miasto przyjazne, tak w stosunku do zabudowy, jak i do wolnej przestrzeni miejskiej i określenie blokowisko nijak do nich nie pasuje.

Tychy | Osiedla W – Weronika, budynki mieszkalne arch. Andrzej Czyżewski i arch. Anna Kuszewska,  lata 70./80  | Foto. Janusz A. Włodarczyk ©

Omówiona została w miarę potrzeb sprawa prefabrykacji i „wielkiej płyty”, wróćmy ma chwilę jeszcze do zasygnalizowanej w poprzednim rozdziale typizacji, zjawiska naonczas powszechnego i spróbujmy także i z nim przymierzyć się do kontekstu tyskiego. W gruncie rzeczy, gdy chodzi o budynki mieszkalne, zdecydowaną większość realizowanej tkanki, sprawa była w miarę przejrzysta: obowiązywało stosowanie określonego zestawu gotowych elementów wraz z zestawem (katalogiem) okien i drzwi, natomiast , co udało się wynegocjować w Tychach, to fakt, iż architekt mógł projektować budynki indywidualnie (składać je dowolnie z określonych, systemowych części). Wymogi w na tyle dużym stopniu wywierały piętno uniformizacji, by w taki przypadku pozostawić projektantowi margines swobody. Inaczej było z architekturą usługową, szerzej zwaną architekturą użyteczności publicznej. Nas interesują w tym miejscu głównie funkcje użyteczności powszechnie potrzebne i realizowane w osiedlach, jak szkoła podstawowa, przedszkole, żłobek, pawilon handlowo-usługowy, przychodnia lekarska. W tym zakresie architektury obowiązywał rygor stosowania projektów ogólnokrajowych projektowanych na skład. Rolą architekta było li-tylko przystosowanie takiego projektu do terenu; nawiasem mówiąc, część architektów chętnie akceptowała taką formę projektowania (ograniczonego), była ona zdecydowanie bardziej opłacalna. Działania takie znaczyły całkowite ujednolicenie architektury w zakresie programu i formy architektonicznej oraz nieliczenie się ze specyfiką terenu, jego odrębnością postrzeganą z różnych punktów widzenia. Niestety, w naszych realiach, w wyborze między jakością i ilością, częściej wygrywa ilość. W Tychach udało się przeciwstawić rygorom, zwłaszcza, jeśli chodzi o obiekty oświaty. A dlaczego i w jaki sposób?

Ale może spróbuję najpierw odpowiedzieć na pytanie: dlaczego architektura szkoły jest szczególnie w takim kontekście ważna, a zwłaszcza w realizowanym od nowa mieście? Budynki szkolne zaliczane są do obiektów użyteczności publicznej podstawowych usług osiedlowych. Ze względu na ówczesny program szkoły podstawowej, przez wiele lat 8-letniej jako obowiązującej, a krótko nawet 10-letniej oczywiste jest, iż codzienny kontakt z jednym i tym samym budynkiem jest znacznym i znaczącym czasem w naszym życiu, zwłaszcza biorąc pod uwagę znaczenie lat dziecinnych, relatywnie wydłużonych w naszej wyobraźni, a także intensywnie przeżywanych. Czas ten, co do swego oddziaływania na osobowość i długości przebywania w budynku szkolnym, zajmuje drugie miejsce, tuż za własnym mieszkaniem. Szkoła uczy więc młodego człowieka także zachowań w przestrzeni i jej percypowania.

Tychy | Osiedle D3, szkoła podstawowa, arch. Bożena i Janusz Włodarczykowie,  | Foto. Janusz A. Włodarczyk © 1971

W Tychach, po dwóch standardowych szkołach okresu socrelizmu, projektowanych w warszawskim biurze projektów w początku lat 50. i trzech szkołach pawilonowych (w tym dwóch też warszawskich),projektowanych już według dobrych europejskich wzorów (os. „E3” i liceum, os. ”F”), przełomu lat 50. i 60.oraz os. „E4“ arch. Z. Łojewskiego), wynikł, stosownie do wymogu prawnego, problem obowiązku stosowania projektów typowych (Tezy Typizacji, rok 1960). Zaangażowani wcześniej w projektowanie kilku szkół poza Tychami, ja wraz z moją żoną, nie chcieliśmy dopuścić do tego w projektowanym mieście. W momencie konieczności zaprojektowania kolejnej tyskiej szkoły w początkach lat 60. miałem już dobrą opinię jako autor kilku projektów tej dziedziny i udało się przekonać odnośnych decydentów do naszej argumentacji, a w przepisie, jak w każdym, istniały wyjątki od zasady. W rezultacie na terenie miasta nie powstała typowa szkoła ani przedszkole. W zdecydowanej większości od połowy lat 60. aż po rok 1992 szkoły w Tychach realizowane były według projektów naszego autorstwa. (il. 1,2). Nie wszystkie projekty zrealizowano, zapaść lat 80. nie pozwoliła się wielu z nich zmaterializować, do spraw tych dojdziemy w następnym rozdziale. W tym miejscu można stwierdzić, że przypadek obiektów szkolnych stał się w Tychach kolejnym przyczynkiem do tezy o odrębności realizacji miasta na tle specyfiki krajowej tamtych czasów. W tym miejscu warto zauważyć, iż tereny pod obiekty szkolne były wybierane ze szczególną troską, na przykład w osiedlach położonych po obu stronach parku Północnego szkoły tworzyły integralne elementy zieleni miejskiej.

Dominowała jednak architektura mieszkaniowa, domy mieszkalne. W latach 70. nacisk kładziony był na tym właśnie problemie, co zresztą miało wpływ na dalsze odkładanie realizacji centrum, jakkolwiek tu mamy akurat do czynienie ze sprzężeniem zwrotnym. Chodziło niewątpliwie o priorytety wykonawcze, ale i o minimalizację kosztów, tzw. mieszkaniówka była tańsza od architektury użyteczności publicznej. Budowa centrum oznaczała także dodatkowe kłopoty wykonawcy, który, jakkolwiek realizował każdą architekturę przeznaczoną w określonym czasie do realizacji, któremu niemniej łatwiej było powtarzać łatwiejsze w wykonaniu seryjne, proste z założenia budynki, niż wikłać się w sprawy mało rozpoznane pod względem technologicznym, z różnorodną kompozycją i funkcją architektoniczną.

Tychy | Osiedla M – Magdalena, budynki mieszkalne arch. Maria Czyżewska, I poł. lat 70.,        szkoła podstawowa arch. Bożena i Janusz Włodarczykowie,  | Foto. Janusz A. Włodarczyk © 1975

Lata 70. oznaczały dla miasta także przejście z realizacją przez linię średnicową, czyli przez wykop kolejowy – na południe. Kryły się za tym znaczenia różne, było ich kilka, wymieńmy dwa ważniejsze. Po pierwsze symboliczne, czyli też i psychologiczne: połowa została jakby za nami. Po drugie, południowa część miasta niosła w pełni już cechy miasta modernistycznego, co w przełożeniu na język bardziej zrozumiały oznaczało całkowite zerwanie z tradycyjną ulicą równo obudowaną budynkami z zachowaniem linii obrzeżnych, przy teoretycznie pełnej dowolności sytuowania budynków; przez dowolność należy w tym przypadku rozumieć dowolność ograniczoną specjalistycznymi przepisami, czyli z rozróżnieniem między wolnością plus regulatory a anarchią. Zjawisko odchodzenia od tradycyjnej siatki miejskiej miało już miejsce w osiedlach północno-wschodnich, poglądy na miasto nowoczesne nie powstawały z dnia na dzień. Plan ogólny z początków lat 50. był dokumentem ramowym, jak sama nazwa ogólny wskazuje, w przechodzeniu od ogółu do szczegółu trzeba czasu, który potrzebny jest na dokonanie przewartościowań. Przejście na południe stanowiło korzystną dla tego celu cezurą.

Zasada realizacji części południowej nie odbiegała w sensie kierunku działań w terenie od północnej: budowa przesuwała się także z zachodu na wschód. Widać to po pierwszych literach żeńskich imion osiedli: Honorata, Karolina, Magdalena, Natalia, Olga, Paulina, Regina, Weronika, Zuzanna. Co prawda, życie nieco w tym pozornym rygorze poprzestawiało, Magdalena, ze względów organizacyjnych pewnie, wyprzedziła o rok Honoratę ale nie bądźmy tacy znów dosłowni, ten alfabet był przecież formą zabawy. Nie wszystkie imiona zresztą się w praktyce przyjęły. Mówi się wprawdzie: mieszkam na Magdalenie, Honoracie, może Zuzannie, ale część imion została na papierze. Pewnie szkoda. Ważniejsza z pewnością jest identyfikacja osiedli z punktu widzenia ich realiów przestrzennych. I tu rzecz ważna i znamienna dla miasta: troska o różnorodność kształtu poszczególnych osiedli to wielki plus Tychów. Mieliśmy z tym do czynienia już w północnej części miasta. Począwszy od socrealistycznego, regularnego w układzie osiedla „A”, poprzez miękko prowadzone ulice osiedla „B” o małomiasteczkowym charakterze niewielkiej skali domów, o obrzeżnie prowadzonych w stosunku do siatki ulicznej domów osiedli „C” i „E 3” z dużymi przestrzeniami wnętrz w środku, swobodnie ustawionych niewielkich budynków punktowych osiedli „F” po centralnie usytuowane osiedla śródmiejskie „D1” i „D3” z wyższą zabudową.

Tychy | Budynek lodowiska, arch. Marek Dziekoński, II poł. lat 70. | Foto. Janusz A. Włodarczyk ©

W południowej części miasta, „Magdalena” jako osiedle stosunkowo terytorialnie niewielkie reprezentuje wyrazisty układ, z wyodrębnionym usytuowaniem szkoły i przedszkola od południa, ale też należy do osiedli o stosunkowo znacznym procencie wysokich budynków o zbyt dużej masie. Można uważać, iż w kategorii wysokich budynków mieszkalnych lepiej sprawdzają się punktowce niż budynki liniowe. I ta zasada była w Tychach częściej realizowana. W osiedlach później realizowanych, jak „Karolina”, „Weronika”, „Zuzanna”, przeważała zabudowa niższa, bezdźwigowa, o 4 i 5 kondygnacjach.
Tu dygresja: w Tychach do połowy lat 60. w budynkach bez wind normy mieszkaniowe przewidywały maksymalną wysokość 4 kondygnacji (3 piętra + parter), w wyniku ciągłego szukania oszczędności decydenci łatwo dopuszczali odstępstwa in minus, czyli podwyższania budynków do 5 kondygnacji. Wykonawca wciąż na to naciskał, lepiej się to mu opłacało i problem był przedmiotem ciągłych negocjacji; generalni projektanci niekiedy naciskom ulegali. Nie trzeba wyjaśniać chyba, czym dla mieszkańców była jedna kondygnacja więcej bez windy. W tym przypadku stanowisko projektantów budynków mieszkalnych było zwykle nieprzejednane. Stąd w Tychach można odnotować wysoki procent domów 4 kondygnacyjnych, gdzieś z końcem lat 70. decydenci od pięciu kondygnacji w budynkach bez wind odstąpili.

Warto przypomnieć i pewien problem nieco rozwinąć: jeśli chodzi o tyskie mieszkalnictwo, realizowane przez resort państwowy były głównie budynki mieszkalne wielorodzinne i w niewielkim stopniu jednorodzinne zabudowy zwartej, czyli szeregowej (częściej) i atrialnej (rzadziej). Domy jednorodzinne wolnostojące nie leżały w sferze zainteresowania państwa, realizowane mogły być indywidualnie przez użytkowników, puszczone na żywioł , z zasady bez pomocy ze strony państwa, raczej z utrudnieniami z jego strony. W Tychach nie było inaczej, problem ten pomijam, jako wyrastający poza specyfikę niniejszej relacji (il. 3 – 7).

W ramach podstawowej tkanki mieszkaniowej gros zabudowy to budynki klatkowo-sekcjowe, czyli różnej długości i wysokości zestawiane powtarzalne segmenty (sekcje) kilku mieszkań z klatką schodową i ewentualnie windą; jedną sekcją charakteryzują się budynki punktowe. Drugim typem zabudowy to budynki galeriowe stosowane i w kraju, i w Tychach rzadko, wcześniej o nich wspominałem. Odejście od tych dwóch zasad lub ich kombinacje zauważyć można w budynkach tarasowych (osiedle „Olga”) czy szeregowo-galeriowe (osiedle „E2”).

Architektami, którzy w życiu budującego się miasta w pełni identyfikowani są z architekturą mieszkaniową przez lat 30 jest małżeństwo Marii i Andrzeja Czyżewskich. Zajmowali się tą problematyką od ogólnej koncepcji systemów, od technologii, przez układy funkcjonalne mieszkań po kompozycję wybranych osiedli. Dokonania ich owocowały w latach 60. systemem wielkoblokowym 540 (od rozpiętości konstrukcyjnej 5.40 m), w latach 70. systemu z „Wielkiej płyty” W-70, aż po zmodyfikowany system W-70 dla doświadczalnego osiedla „Stella” w końcu lat 70., w sferze projektowania. Osiągnięcia tyskiego mieszkalnictwa to w wielkiej części ich zasługa.

Architektem zajmującym się tematyką mieszkaniową, z nieco krótszym stażem, jest Bożena Włodarczykowa, autorka osiedli „Regina”, „H4”- zwanego tyskim Manhattanem, z uwagi na intensywną wysoką zabudowę mini-osiedla, osiedli „H6” oraz „Zuzanna”. Autorzy osiedli i ich budynków mieszkalnych projektowali zwykle i ich mniejsze usługi: pawilony sklepowe i usługowe, przychodnię lekarską przedszkole, żłobek; tak było w przypadku wymienionych wyżej autorów.

Tychy | Dom Rzemiosła, Stare Tychy, arch. Bożena i Janusz Włodarczykowie, 1971. | Foto. Janusz A. Włodarczyk ©

Wymieniam tu autorów, którzy byli niejako przypisani do określonej tematyki, większość architektów zajmowała się architekturą różnych funkcji, nie sposób wszystkich w tym miejscu wymienić. Wyjątek może tu stanowić osiedle „H7” ze względu na jedyną próbę stworzenia w końcu lat 70.osiedla na zasadzie „gęsto-nisko”, charakteryzującej się swobodniejszymi układami i mniejszą wysokością, autorstwa arch. Stanisława Niemczyka oraz późniejszego uzupełnienia luki budowlanej osiedla „B” arch. Grzegorza Ratajskiego, a także pojedynczych budynków arch. Marka Dziekońskiego i arch. Felicji Matyśkiewiczowej.

Przeciągający się brak decyzji o realizacji centrum miasta budującego się trzecią dekadę, powodował sytuację niespotykaną w historii urbanistyki: rosło miasto bez środka, jak się to pięknie określa – bez serca. Zdarzały się pojawiać opinie: cóż to za projektanci, zrobić miasto bez centrum!. Oczywiście, trudno mieć wpływ na to, co ludzie mogą myśleć, skąd ostatecznie mogą wiedzieć? To, że centrum, jak trzeba, zaprojektowano, to oczywiste. Rzecz raczej w tym, że sukcesywnie, co parę lat do sprawy wracano, robiąc kolejne aktualizacje planu ogólnego, życie bowiem z upływem czasu koryguje teorię. Pracowano także nad aktualizacją centrum. Ogólnopolski konkurs na projekt dworca nad wykopem w początku lat 60., na skrzyżowaniu głównej osi N-S z linią kolejową utrwalał kolejno uszczegóławiany projekt centrum miasta. W wyniku kolejnych niepowodzeń generalni projektanci kładli większy nacisk na ideę jakby zastępczych centrów osiedli, choć nie mogło to zastąpić idei centrum, a też i w bardziej odległych od projektowanego centrum, lokalne ich ośrodki w każdej sytuacji byłyby uzasadnione W ten sposób niektóre osiedla zaczęły uzyskiwać rodzaj rynków, sposobem średniowiecznych miast lokacyjnych, również podobnie jak to miało miejsce z osiedlami „A” i „B”, kiedy jeszcze do centrum miejskiego droga była daleka. Powstały place-dziedzińce podcieniowe osiedli „Karolina” i „Zuzanna” oraz nietypowe place sprzężone osiedla „Honorata”, spięte kładką pieszą nad ulicą (il. 8- 10).

Budowa miasta: mieszkanie, budynki i przestrzenie wspólne – użyteczność publiczna, centrum – miasta serce. Jak czytelnik-internauta z pewnością pamięta, było na początku naszego opowiadania o mieście-sypialni, etykietce przyklejonej do Tychów. Nigdy one czymś takim nie były, tereny przemysłowe funkcjonowały na wschodzie i północnym wschodzie, a że nie pełną parą, że inwestycje przemysłowe nie były wielkiej skali – cóż, miasto zaczynało od zera, powiedzmy: prawie od zera szanując przecież mały organizm miejski, do którego nowe miasto, jakby-nie-było, przyklejono. Jednak o wielkiej skali przedsięwzięcia przemysłowego można mówić dopiero z początkiem lat 70. wtedy to zapadła decyzja budowy Fabryki Samochodów Małolitrażowych FSM, tu powstał i z Tychami związał się Maluch, mini-auto, czyli FIAT 126P, sposób na życie i przedmiot marzeń Polaka epoki Gierka, i jeszcze długo później, do końca lat 80., kiedy kraj staczał się po równi pochyłej, ale też i przedmiot żartów, i facecji, jako curiosum naszej motoryzacji. Dla miasta był to ewenement, czynnik niewątpliwie miastotwórczy, niewątpliwie też i ożywił jego życie i stał się Tychów znakiem rozpoznawczym, choć po latach historia mu się nie odwdzięczyła. Dziś znakiem rozpoznawczym jest, po przerwie, piwo tyskie i browar, taka jest historii natura. Ale jeszcze nie czas na podsumowania, jesteśmy jeszcze w latach 70.

Rok 1975 i administracyjna reforma kraju, nowy podział na województwa, z likwidacją powiatów, Tychy nagle stają się miastem nad rzeką i to nie-byle-jaką! Wisłą. Z dnia na dzień miasto powiększa bez wystrzału terytorium, staje się mocarstwem, anektując na wschodzie Bieruń Stary i Nowy, na południu Kobiór, nie jestem pewien, czy Mikołów nie czuł się zagrożony ;) . Taki stan trwał 23 lata, wielkość miasta wróciła do stanu poprzedniego, podział administracyjny kraju kolejnej zmianie miał ulec w roku 1998.

Okres po roku 1976 zaznaczył się w sprawach miasta, odpowiednio do narastającej sytuacji kryzysowej w kraju, tendencjami spadkowymi koniunktury. W projektowaniu jeszcze się tego tak bardzo nie odczuwało, niemniej realizacja poszczególnych zadań coraz to bardziej ulegała przyhamowaniu. Powiększenie terytorialne miasta otwierało nowe możliwości. Trzeba pamiętać, iż projekty znacznie wyprzedzały realizację, minęły czasy, kiedy to wykonawca wyrywał projektantowi dokumentację projektową wprost z deski kreślarskiej. Coraz częściej projekty zalegały na półkach w oczekiwaniu by znaleźć się na placu budowy. Nadal jednak państwowe biuro projektów szło pełną parą, projektowano licząc na zmianę koniunktury, zresztą decyzje zapadały centralnie. Ówczesny rachunek ekonomiczny byłby dziś trudny do zrozumienia. Czegoś takiego, jak bezrobocie, nie mogło mieć wtedy miejsca, ludzie musieli mieć pracę, rozpędzony pojazd musiał się toczyć.

W związku z budową fabryki samochodów stworzono możliwości przybliżenia kolejnych osiedli do nowego miejsca pracy, projektowanie wchodziło na tereny Jaroszowic i Cielmic, luźno zabudowanych wsi położonych na wschód od miasta, zakreślonego przez plan ogólny, a na północ i południe od realizowanego zakładu FIATA. W samych Tychach rodził się (na mojej desce kreślarskiej), z lokalizacją po wschodniej stronie zrealizowanej właśnie trasie przelotowej północ-południe, w miarę bezkolizyjnie prowadzonej na bezpośrednim obrzeżu zabudowy, drogi zwanej wtedy gierkówką, utrwalonej do dziś jako dwupasmówka, projekt Ośrodka Wychowawczo-Opiekuńczego. Nie cieszył się on dobrą opinią społeczeństwa jako, po prostu, poprawczak, przez władzę polityczną był natomiast lansowany jako obiekt prestiżowy. Sytuacja gospodarcza przesądziła o sprawie i obiektu nie zrealizowano.

Tychy | Hotel „Tychy”, arch. Tadeusz Łobos, adaptacja  arch. Marek Dziekoński, II poł. lat 70.Foto. Janusz A. Włodarczyk © 1971W ostatnich latach 70. tyskie biuro projektów żyło dużym, obiecującym zleceniem o charakterze studialnym z perspektywą długofalowych prac przeznaczonych do realizacji. Był to pokazowy projekt osiedla, z etykietą przyszłościowego. Powstał w ramach ogólnopolskiego tzw. Programu Rządowego PR-5. Wybrano 4 zespoły projektowe w kilku ośrodkach w Polsce, jednym z nich zespół tyski (obok zespołów projektujących dla Krakowa, Zamościa i warszawskiej Białołęki). Przedmiotem projektowania stało się osiedle „Stella”, zlokalizowane w południowej części miasta, w oparciu o las kobiórski. Zamierzenie było ambitne, i z punktu widzenia interesów miasta, też i biura – dawało długą gwarancję zabezpieczenia finansowego, wreszcie jako twórczego wyzwania dla architektów. Założenia przyjmowały odejście od dotychczas stosowanych technologii, ale też i bardziej ogólnie, od stereotypowego myślenia na korzyść nowych, bardziej humanistycznych koncepcji. Losy Stelli ważyły się jeszcze w latach 80.,o tym, co z tego wynikło, będzie w następnym rozdziale.

Tymczasem przyszedł sierpień roku 1980, nasza mała stabilizacja się skończyła. Powiało wolnością, na chwilę. Zrobiło się ciemno, coraz ciemniej…jeszcze na parę lat.

Zdjęcia wszystkie: Janusz A. Włodarczyk, 2, 6, 9: fot. 2008, pozostałe: fot. lata 80.

1. Osiedle D3, budynki mieszkalne, arch. Maria Czyżewska, lata 60./ 70.
2. Osiedle O – Olga, budynki mieszkalne arch. Maria Czyżewska, II poł. lat 70.
3. Osiedle H 7, budynki mieszkalne arch. Stanisław Niemczyk, II poł. lat. 70.
4. Osiedla W – Weronika, budynki mieszkalne arch. Andrzej Czyżewski i arch. Anna Kuszewska, lata 70./80.
5. Osiedle D3, szkoła podstawowa, arch. Bożena i Janusz Włodarczykowie, 1971
6. Osiedla M – Magdalena, budynki mieszkalne arch. Maria Czyżewska, I poł. lat 70.,
szkoła podstawowa arch. Bożena i Janusz Włodarczykowie, 1975
7. Budynek lodowiska, arch. Marek Dziekoński, II poł. lat 70.
8. Dom Rzemiosła, Stare Tychy, arch. Bożena i Janusz Włodarczykowie, 1971.
9. Hotel „Tychy”, arch. Tadeusz Łobos, adaptacja arch. Marek Dziekoński, II poł. lat 70.

prof. Janusz A. Włodarczyk Powrót



>> RSS 2.0 feed. >> Both comments and pings are currently closed.

AddThis Social Bookmark Button

Comments are closed.