III. Cudowne lata 60. Z zachodu na wschód i z północy na południe. Typizacja i prefabrykacja

prof. Janusz A. Włodarczyk
wprowadzenie
ARCHINOTATNIK – spis
ARCHINOTATNIK – TYCHY – spis
reportaż ze spotkania z autorem w Muzeum Miejskim
link bezpośredni: www.kocham.tychy.pl/archinotatnik

III. Cudowne lata 60. Z zachodu na wschód i z północy na południe. Typizacja i prefabrykacja

Z moich dotychczasowych rozważań wiemy już o swego rodzaju prawidłowości, w wyniku której historia nowego miasta sprzęgła się była w czasie z historią Peerelu i co ciekawe, też i charakterystyczne, że i dla miasta, i dla kraju okresy nakładały się na siebie z zasady zamykając w dziesięcioleciach. Zaznaczyło się to już na początku, w latach 50. – decyzja o powstaniu miasta zbiegła się z przełomem w gruntowaniu się socrealizmu – i zjawisko to można odnieść do okresu następnego, choć już nie dekady. Zauważalne zmiękczenie systemu totalitarnego w wyniku zmian u wschodniego patrona – Związku Sowieckiego (Radzieckiego) w konsekwencji śmierci Stalina (1953), a następnie objęcia władzy w Polsce przez Władysława Gomułkę (1956) doprowadziło do względnej liberalizacji życia w kraju i, co naturalne, między innymi, miało wpływ na architekturę. Odwilż nie trwała jednak długo, zaledwie 2-3 lata – w zależności od punktów widzenia i różnorakich sfer naszego życia. Wprawdzie, po latach, granice dla powrotu modernizmu w architekturze, i ogólnie w sztuce, się otworzyły, żelaznej kurtyny jednak nie uchylono i szybko stary, nieco odnowiony reżim śrubę dokręcał, jakkolwiek terror w postaci stalinowskiej już nie wrócił. Czas Gomułki, w rozumieniu naszych przestrzennych problemów, zgrabnie się nam zamyka w dekadzie. Skąd więc określenie: cudowne lata? Tak oceniano czas ten w Europie Zachodniej. W piętnaście lat po wojnie, do przełomu lat 50. i 60. zdążono zaleczyć rany wojenne, stanąć na nogach i wręcz uzyskać najwyższe relatywnie standardy życia społeczeństw, jakich później już nie zaznano: niekiedy mówiono wręcz o cudzie gospodarczym. Nas to ominęło, choć w 1956 roku niejakie nadzieje na poprawę kondycji kraju zaistniały, choć – jako się rzekło – nie na długo.

Czas po roku 1956 i przejście w dekadę kolejną zaznaczyły się w realizacji miasta, z jednej strony, zdynamizowaniem procesu jego projektowania, wyprzedzając zamierzenia realizacyjne niekiedy o niemal dziesięciolecie; był on zresztą oceniamy, także i później przez samych twórców miasta jako okres najbardziej twórczy w trzydziestu paru latach realizacji Tychów. Ważną przyczyną pierwszego zjawiska było niewątpliwie rozkręcanie się struktury organizacyjnej biura Miastoprojekt-Nowe Tychy, w tym stabilizacja i jakość kadry projektowej; dotyczyło to również związanych z tzw. procesem inwestycyjnym dwóch kontrahentów: inwestora i wykonawcy. Okres ten jednak, zwłaszcza w zbliżaniu się do połowy lat 60., coraz to bardziej zaznaczał się zmniejszaniem tempa budowy ze względu na postępującą zapaść gospodarki kraju. Wpłynęło to na ciągłe odkładanie realizacji centrum miasta na czas nieokreślony, co w wyniku sukcesywnego przesuwania się realizacji kolejnych osiedli mieszkaniowych z zachodu na wschód w północnej części miasta, odczuwano coraz bardziej im bliżej było do końca dekady; warto podkreślić, iż projekty dla centrum były odpowiednio wcześniej przygotowywane. W tym okresie powstały osiedla „E1” i „E3”, jeszcze w zabudowie obrzeżnej, choć już nie w pełni zwartej, na przełomie lat 50. i 60., dalej „E2”, „E4’, „E5’ w zabudowie znacznie bardziej jeszcze swobodnej, Park Północny i na wschód od niego zespół osiedli „F”, kończących północną część miasta. Faktem jest: że mieszkań nieustannie brakowało, centrum mogło było poczekać – czy się to mieszkańcom podobało, czy nie.

powrót

Przez długi czas omawianego okresu, czyli mniej więcej do ukończenia północnej części miasta, rolę centrum miasta spełniało centrum osiedla B – plac Baczyńskiego, (d. Bieruta), z kinem Andromeda, restauracją Mimoza, księgarnią, długo jedyną, a do dziś największą i najbardziej profesjonalną w Tychach, zespołem sklepów w pierzei placu w budynkach Pod Wieżyczkami, wreszcie z Teatrem Małym, dwa kroki od placu położonym, idąc w kierunku Starych Tychów. Mimo więc, iż miasto swego serca nie posiadało, o sferę kultury zadbano dość szybko: i teatr, i kino funkcjonowały już w pierwszych latach omawianej dekady. W roku 1962 powstała interesująca architektura, jaką reprezentował Klub Górniczy z miejską biblioteką w osiedlu „E2”,Klub Górniczy z biblioteką, arch. M. Dziekoński charakteryzującym się trzykondygnacyjnymi budynkami szeregowo-galeriowymi, zwanymi na Zachodzie maisonette, na owe czasy, w polskich realiach odbiegających od stosowanych typów zabudowy, sprawdzającymi się po dziś-dzień.

Tychy, Budynki mieszkalne szeregowo-galeriowe, os. E2, arch. S.Rewers, K.Fojcik, Foto. Janusz A. Włodarczyk © Wtedy też zrealizowano pierwszy nowy kościół, autorstwa arch. Zbyszka Webera, zlokalizowany z dala od budowanej wtedy części miasta, tuż za wykopem linii średnicowej (późniejsze osiedle „H – Honorata”), dochodziło się doń przez pola. Był swego rodzaju forpocztą, enklawą, przyczółkiem architektonicznym południowej części miasta: musiał czekać na swych późniejszych parafian jeszcze ładnych parę lat.

Obiekty kultury: kino, teatr, biblioteka, klub, czyli budynki użyteczności publicznej dla potrzeb ogólno-miejskich: wszystko to wartości miastotwórcze. Życie jednak, zwłaszcza przy braku centrum, rozgrywało się głównie w osiedlach. Jak na idee miasta modernistycznego przystało, osiedla mieszkaniowe były z założenia samowystarczalne i wyposażenie ich w usługi podstawowe przebiegało w Tychach lat sześćdziesiątych sprawnie i w zasadzie bezkonfliktowo. Realizacja podstawowej szkoły, przedszkola, żłobka, sklepu pierwszej potrzeby, punktów rzemieślniczych, ośrodka zdrowia, poczty osiedlowej – wszystko to towarzyszyło życiu osiedla, z zasady, od momentu wprowadzenia się do mieszkań; w latach 70. i później tak sprawnie już nie bywało.

Tychy, przedszkole, arch. T. Bobek, (obecnie Ośrodek rehabilitacyjny, częściowo przebudowany). Foto. Janusz A. Włodarczyk ©

Ktoś powie: dobrze, ale czym wytłumaczyć, że realizacja miasta działała sprawniej w okresie zwiększonych rygorów totalitarnej władzy w czasach stalinizmu, a z czasem było z tym już coraz gorzej? Odpowiedź jest chyba prosta: miasto rodziło się w kilka lat po wojnie, istniał jeszcze potencjał moralny wynikający z entuzjazmu społeczeństwa powodowanego odbudową kraju, a także, co ważniejsze, z funkcjonowania państwa jeszcze częściowo w przedwojennych strukturach, mimo nowego, przez większość nieakceptowanego ustroju; zmiany tego rodzaju nie dokonują się nigdy z dnia na dzień, w mentalności ludzi także, istniała jeszcze stara kadra inżynierska i rzemieślnicza. Ludzie mieli większe poczucie obowiązku, wyższy etos pracy. Także i częściowa choćby liberalizacja w sprawowaniu władzy totalitarnej wprowadzała pewien luz, nie zawsze pozytywny. Jest to prawidłowość wynikająca na ogół w przypadkach przechodzeniu z systemu autorytarnego do demokracji.

powrót

Jako kolejny ekwiwalent braku centrum w postaci skupiska obiektów administracji i handlu o charakterze ogólnomiejskim w czasie, kiedy północna część była na ukończeniu, zaistniało coś na kształt centrum niegdysiejszego miasta przemysłowego, XIX wiecznego, czyli znajdująca się na obrzeżu centralnych osiedli mieszkaniowych Tychów, zwarta zabudowa w skrzyżowaniu dwóch głównych ulic: al. Niepodległości (d. Rewolucji Październikowej) i Grota-Roweckiego (d. Dzierżyńskiego) w tym tej drugiej jako bardziej handlowej. Stanowi ona punkt centralny miasta do chwili obecnej. Powstała 500 metrów od zrealizowanego wtedy zalążka centrum ograniczonego do trzech budynków: Ratusza, czyli siedziby Urzędu Miasta, Tychy. Urząd miejski - Ratusz, arch. W. Jaciow, K.Wejchert. Foto. Janusz A. Włodarczyk © Domu Partii i zespołu banków: ośrodków władzy administracyjnej, politycznej i finansowej. Obiekty te zasygnalizowały w przestrzeni symboliczny środek miasta wraz z zaczątkiem realizacji zaprojektowanego elementu krystalizującego: centrum i dwóch krzyżujących się osi miasta – zielonej i średnicowej linii kolejowej prowadzonej w wykopie, przekrytym w obrębie centrum realizowanym w przyszłości.

Jak nadmieniłem już wcześniej, w związku ze zmianami, jakie następowały w realizacji miasta wraz z kolejnymi dekadami w zakresie mieszkalnictwa, zmiana istotna nastąpiła na przełomie lat 50. i 60. Chodzi tu o dwie głównie sprawy: sukcesywnie następujące modernistyczne rozluźnianie zabudowy z odchodzeniem od tradycyjnej zabudowy obrzeżnej, kwartałowej i tym samym uniezależnianie jej od siatki ulic oraz prefabrykacja. O ile osiedle „B” kształtowano jeszcze w duchu zabudowy tradycyjnej, po części tkwiącej jeszcze w klimacie kamieniczek małomiasteczkowej skali, z miękkim prowadzeniem ulic osiedlowych, co wymuszane było niekiedy istniejącą rozproszoną, dawną zabudową wiejską, kolejne osiedla północnej części miasta, o nazwach na litery „C”, rozpoczęte w końcu lat 50.,a następnie „E” i „F”, idąc od zachodu do wschodu, stanowiły już całkiem inny obraz. W osiedlach „C1”, „C2”, „C3” i „E3” zastosowano jeszcze zabudowę obrzeżną, choć już nie zwartą i ciągłą, tworząc jednak duże wnętrza osiedlowe z wpasowywaniem w nie usług, najczęściej szkoły i przedszkola, czasem ośrodka zdrowia. Osiedla „E4”, „E5” i osiedla „F”, sytuowane po obu stronach parku Północnego, reprezentowały już klasyczną zabudowę modernistyczną, z uwolnieniem jej od komunikacyjnej sieci ulic.Tychy | Budynki mieszkalne  klatkowo-sekcjowe,os. C, arch. S. Wąs. Foto. Janusz A. Włodarczyk ©

Tychy | Budynki mieszkalne  klatkowo-sekcjowe,os. C, arch. S. Wąs | Foto. Janusz A. Włodarczyk ©

Tychy | Budynki mieszkalne  klatkowo-sekcjowe,os. C, arch. S. Wąs | Foto. Janusz A. Włodarczyk ©

powrót

Tychy uważane są za najbardziej zielone miasto Górnego Śląska. Tak jest obecnie, takie też były zamierzenia jego twórców, tkwiły one w idei i ogólnej koncepcji planu. Ważne tereny zielone zaistniały już w latach sześćdziesiątych. Pierwszym parkiem w mieście stał się teren między osiedlem „B” i „E3”, a ściślej między szosą – aleją Bielską, ulicą Edukacji (d. Engelsa) z terenami sportowymi, obecnie też i kryta pływalną, aleja Niepodległości (d. Rewolucji Październikowej) i osiedlem „E3”). Park ten nazwany został Parkiem Niedźwiadków z przyczyny rzeźb przeznaczonych dla zabaw dzieci. Jednak główną atrakcją miasta jest, czterdziestoletni już dziś Park Północny, areał c/a 60 hektarowy, łączący teren zagospodarowywany od połowy lat 60., czyli Park Miejski z włączeniem istniejących wcześniej rybnych stawów. Także dzięki i ptactwu wodnemu jego naturalny charakter wiąże się z urządzoną zielenią szkół osiedli „E” i „F”, usytuowanych na obrzeżach Parku, po jego stronach zachodniej i wschodniej. W taki sposób północna część miasta została uhonorowana dość wcześnie oprawą zieloną; na osiedla południowe czekał naturalny areał jeziora Paprocańskiego z rozległą przestrzenią lasów Kobiórskich. Zielone tereny miasta, jednoznacznie przewidywane w pierwszych decyzjach planistycznych, były w trakcie jego realizacji konsekwentnie i sukcesywnie projektowane i nadzorowane w tym stosunkowo długim czasie przez tę samą osobę, Helenę Okołowicz-Krześ, inżyniera zieleni. Fakt ten niech będzie przyczynkiem do stwierdzenia o znaczeniu ogólnym, iż w trakcie istnienia biura projektowego Miastoprojekt nic, co dotyczyło kształtowania przestrzeni miejskiej, nie było przypadkowe; do problemu tego jeszcze wrócę.
Za ważne dla omawianego okresu powstawania miasta uznać należy dwa fenomeny o charakterze nadrzędnym, dotyczące specyfiki kraju jako całości, a mianowicie prefabrykację, o której wyżej napomknąłem, i typizację. Znaczenie ich dla kraju, ale także i dla miasta, choć kształtujące się nie koniecznie w sposób jednaki, były kolosalne. Niezbędna jest tu w miarę optymalna ich ocena by zrozumieć skutki przestrzenne: w naszym przypadku – dla miasta, przede wszystkim. Decyzje o rygorze typizacyjnym, zakładającym centralną produkcję i dystrybucję gotowych projektów architektonicznych i branżowych w istotnym, znacznym zakresie powszechnie stosowanych użyteczności architektury i wielorodzinnego mieszkalnictwa podjęto w kraju w roku 1961. Oznaczało to na długi czas pozbawienie otaczającej nas przestrzeni architektonicznej poszukiwań twórczych, a tym samym regres kulturowy, w konsekwencji uniformizacji i banalizacji krajobrazu. Prefabrykację w budownictwie zaczęto wprowadzać na przełomie lat 50. i 60. sukcesywnie ją rozszerzając.

powrót

Oba zjawiska, w ocenie tak specjalistów, głównie architektów, jak i dyletantów czy wręcz laików, spotkały się z ocenami skrajnymi, z czasem stając się coraz bardziej kontrowersyjne. Trzeba od razu stwierdzić, iż z natury rzeczy i jedno, i drugie nie nosi naznaczeń negatywnych samych w sobie. Czy były więc pozytywne? Mają raczej konotacje obojętne, na tyle, na ile dla architektury jako produktu i dla budownictwa jako procesu znaczą uproszenia i ułatwienia – z punktu widzenia techniki i technologii oraz potanienia – z punktu widzenia ekonomiki. I jedno, i drugie zjawisko jest więc dla architektury, że powtórzę, obojętne: jest środkiem do celu prowadzącym, nie powinny być jednak, że powtórzę, celem samym w sobie. Jeśli chodzi o prefabrykację, czyli szczególną formę uprzemysłowienia budownictwa, człowiek budujący – homo aedificans – zawsze starał się upraszczać sobie swą pracę, w wieku XX różnica stała się w bardzo krótkim czasie szczególnie zauważalna i często, jak w przypadku opisywanego kontekstu, drastyczna poprzez swą masowość.

A typizacja? Powtarzalność wzorca była od zawsze wpisana w architekturę. Powtórzenia różnych kontekstów i rozmaitej skali, dotyczące budownictwa, w tym części budynku czy budowli różnej wielkości od drobnego rozmiaru cegły po wielkie bloki kamienne czy też elementów funkcjonalnych (użytkowych) świątyni, mieszkania, szkoły, szpitala, miejsc pracy, w tym przemysłu, obowiązywały odkąd istnieje architektura. Nie stosowano jednak z zasady powtórzeń projektów obiektów architektonicznych, budynku jako całości projektowanego przez anonimowego autora nie mającego kontaktu z miejscem realizacji. W XIX wieku pojawiały się wprawdzie gotowe projekty małych, licznych (na owe czasy) szkół wiejskich, domów dla robotników np. tkaczy czy górników, małych, licznych dworców kolejowych (można zaobserwować to na terenach polskich czasów zaborów), były to jednak odstępstwa od reguły, z zasady operowane wzorcem, a nie gotowym projektem: tak powstawały np. świątynie greckie, średniowieczne kościoły i klasztory określonych reguł czy kamienice miast lokacyjnych. Gotowe projekty budynków różnego przeznaczenia na skalę masową, przygotowane „na skład”, to wymysł czasów przeze mnie opisywanych, obowiązujących na zasadzie rygoru, w krajach tzw. socjalizmu Europy Wschodniej drugiej połowy XX wieku. Konsekwencją stała się uniformizacja negatywna, gdyż na ilość nakładała się skrajnie niska jakość architektury, a więc także i niska jakość krajobrazu przez nią kształtowanego.

Prefabrykację, czyli wznoszenie budynków z wcześniej przygotowanych elementów, głównie żelbetowych średniowymiarowych (nie aż tak małych jak cegła, ale też i nie zbyt wielkich, jak z czasem tzw. wielka płyta); w miarę uniwersalnych, czyli takich, by można je było stosować do różnego rodzaju budynków i by nie wywierały na architekturze swego piętna, zaczęto, jak nadmieniono, wprowadzać w Tychach z końcem lat 50., począwszy od osiedli C1, C2 i C3. Stosowano ją głównie w architekturze mieszkaniowej wielorodzinnej. Początkowo ograniczano się do tzw. krótkich serii, zastrzeżonych dla określonego miejsca i przeznaczenia. Rygory ilości i zakresu sukcesywnie się powiększały, tak w Tychach, jak i ogólnie w kraju. I już tu warto zauważyć, iż prefabrykację w Tychach w latach 60. stosowano w miarę sensownie: dzięki własnym, lokalnym zestawom elementów i różnorodnym projektom budynków, unikając nadmiernej uniformizacji przestrzeni. Dotyczy to głównie mieszkalnictwa, które zresztą w tych czasach wykształciło wielu kompetentnych i doświadczonych architektów specjalizujących się w tej dziedzinie, a Tychy miały szczęście do dobrych rozwiązań funkcjonalnych. Jednak, podobnie jak w przypadku typizacji, prefabrykacja stosowana na siłę, przy niskiej jej jakości – technicznej i estetycznej, bez liczenia się z ładem i harmonią przestrzeni, stosowana głównie w wyniku korzyści przedsiębiorstw budowlanych, stanowiących swoiste lobby w kraju, w znacznej mierze przyczyniła się do negatywnego obrazu naszej przestrzeni. Za przykład niech posłuży zjawisko nagminnego wymuszania w układach kompozycyjnych osiedli takiego sytuowania budynków, by jak najbardziej minimalizować torowiska dźwigów, czyli dla jak największej korzyści wykonawcy: proces ważniejszy niż produkt!

powrót

Podobnie w realizowanym mieście działo się z typizacją. Rygory powtarzalności projektów, jak każdy rygor, obowiązywały w oparciu o zasadę, od której istniały wyjątki, większe i mniejsze. Rzecz w tym, iż nie zawsze była wola, by z nich korzystać. Dla poważnej części ludzi zainteresowanych problemem i mających wpływ na decyzje, w tym w dla inwestorów i wykonawcy, ale i w znacznej mierze dla organizacji biura, a nawet i dla części architektów-projektantów, typizacja była wygodna: mniejszy problem z zatwierdzaniem znanej już dokumentacji, pozorna(!) jej taniość (czyli przekłamana; zagadnienie zbyt to szczegółowe, by tu je wyjaśnić), mniejsza odpowiedzialność (to nie ja, to kolega), obawa przed nowością.
Tychy | Budynek mieszkalny galeriowy, os. D1, arch. S Wąs | Foto. Janusz A. Włodarczyk ©
Tychy | Budynki mieszkalne, (systemu 540, arch. M.A.Czyżewscy), klatkowo-sekcjowe, os. D3, arch M. Czyżewska | Foto. Janusz A. Włodarczyk ©
Tychy uniknęły uniformizacji, udało się bowiem, w dużej mierze ze względów prestiżowych, jakimi cieszyło się nowe miasto, uniknąć typizacji centralnie kierowanej. Zasługa była niewątpliwie udziałem grupy osób i ich autorytetu: generalnych projektantów miasta i poszczególnych architektów-projektantów, zrozumienie sprawy przez część decydentów i partnerów realizujących miasto, jak i lokalnych urzędników uzgadniających projekty, np. w resorcie oświaty, z czym osobiście miałem do czynienia, jako projektant szkół. Dzięki temu architektura tyska w zakresie najbardziej powszechnie stosowanej, czyli obiektów mieszkalnictwa, głównie autorstwa Marii i Andrzeja Czyżewskich oraz Stanisława Wąsa, Felicji Matyśkiewiczowej, i nieco później Bożeny Włodarczykowej, Marka Dziekońskiego, Stanisława Niemczyka oraz obiektów szkolnictwa: na przełomie lat 50. i 60. szkół projektowanych przez architektów warszawskich, później głównie mojego i mojej żony autorstwa, wyszła obronną ręką.

* * *

W 1965 roku, u zbiegu alei Niepodległości (d. Rewolucji Październikowej) i ulicy Grota-Roweckiego (d. Dzierżyńskiego) powstała w siedmiokondygnacyjnym budynku siedziba trzech przedsiębiorstw realizujących miasto: inwestora, projektanta i wykonawcy. Tychy | Siedziba budowniczych miasta: inwestora, projektanta - Miastoprojekt-Nowe Tychy i wykonawcy, arch. S. Wąs | Foto. Janusz A. Włodarczyk © Pierwsze i trzecie wielokrotnie zmieniało nazwy, jednostka projektowa do końca przetrwała przy nazwie pierwotnej: Miastoprojekt-Nowe Tychy. Przypomnę, iż przez pionierskich lat około dziesięciu pracowało się w tymczasowym baraku, przy stacji kolejowej, istniejącej jeszcze przed zaistnieniem nowego miasta, na obrzeżu osiedla „A”. Powstanie Miastoprojektu-Nowe Tychy i trwanie jego w niezmiennej strukturze nieprzerwanie przez 35 lat jawi się jako swego rodzaju fenomen. Nawet porównując z dwiema instytucjami – partnerami, gdzie nie tylko nazwy, ale i struktury przedsiębiorstw ulegały zmianom, ale też i w stosunku do innych biur projektowych, Miastoprojekt tyski wyróżniał się w kilku aspektach.

Podstawowym, długo jedynym zadaniem biura, były zlecenia dla potrzeb miasta, wyłącznie. Projektowanie na miejscu miało tę specyfikę, iż nadzór nad realizacją pełniony był in situ, niejako wymuszony, dozór budowy był wygodny, nie zabierał czasu na dojazdy, a też stawał się i przyjemnością: można było nadzorować swe dokonania nawet w trakcie spaceru, samemu czy z rodziną. Było to wzmocnieniem dla pracy zawodowej czyniąc z niej zajęcie niemal prywatne, niejako hobbystyczne. Z czasem się to zmieniało, zwłaszcza w latach 80., biuro przyjmowało zlecenia spoza miasta, głównie w wyniku braku pełnego obciążenia zlecanymi zadaniami miejscowymi, czasem ze względu na zadania poza tyskie szczególne ambitne.

powrót

Specyfiką biura tyskiego było także, niewątpliwie, stanowisko głównego projektanta, jako wpisane w istnienie przedsiębiorstwa i egzystujące tak długo, jak biuro istniało. W innych tego typu instytucjach w kraju funkcjonowało takie stanowisko, przypisane zwykle do konkretnego zadania, trwało okresowo, przez czas realizacji konkretnego projektu, budynku lub osiedla. W tyskim biurze stanowisko to trwało stale, dotyczyło merytorycznego zakresu funkcjonowania przedsiębiorstwa, podczas gdy kompetencje dyrektora biura i naczelnego inżyniera miały charakter administracyjno-formalny. Stanowisko to od początku istnienia biura aż po jego likwidację w 1989 roku piastowali – że powtórzę – generalni projektanci miasta, autorzy planu ogólnego miasta, zdobywcy I nagrody w konkursie, profesorowie Hanna Adamczewska-Wejchert i Kazimierz Wejchert.

Wreszcie jeszcze jedną, inną cechą biura, o całkiem odrębnym charakterze, było jego znaczenie w mieście, jako elementu miastotwórczego, które, jako środowisko ludzkie, wespół z dwoma współdziałającymi instytucjami oddziaływało na z dnia na dzień powiększającą się społeczność miasta. Z czasem przybywali do miasta ludzie kultury, nauki, sztuki i techniki, ludzie wolnych zawodów, czyli grupa społeczna określana terminem: inteligencja. Szeroko rozumiana grupa twórców miasta, od architekta po robotnika, miała swoisty rodzaj prestiżu i autorytetu.

Dom profesorów Wejchertów na Norwida, niewielki jednorodzinny budynek z ogrodem, był miejscem okazjonalnych spotkań okolicznościowych: imienin Profesora w marcu i, z czasem, coraz bardziej celebrowanych tzw. iris parties w czerwcu: Profesor był pasjonatem ogrodu i hodowcą irysów. Lubili oboje otaczać się ludźmi, także błyszczeć: słabostka to wybaczalna, czuli się dobrze w roli, jakby nie było, animatorów życia powstającego miasta. Lubili, on zwłaszcza, uchodzić za ludzi renesansu. Rzeczywiście, ich rozliczne działania twórcze i organizacyjne potwierdzały to: praca projektowa nad realizacją miasta i dydaktyka na Politechnice Warszawskiej; fotografia i pisanie książek, też i artykułów w prasie, profesor także pisywał wiersze; praca na rzecz stowarzyszenia architektów i różne inne aktywności o charakterze społecznym; wreszcie podróżowanie. Zwłaszcza w latach sześćdziesiątych, ze względów politycznych, znacznie ograniczonych wyjazdów na Zachód, prywatnych i turystycznych, mając znacznie większe możliwości wyjazdów oficjalnych, stanowili istotną formę łącznika ze współczesną architekturą Zachodu. Ich wojaże owocowały zawsze obszernymi relacjami ilustrowanymi obrazem fotograficznym.

powrót

W początkach istnienia biura, przez krótki czas profesorowie kierowali dwiema dużymi pracowniami projektowymi: ona pracownią urbanistyczną, on – architektoniczną. Z czasem, w wyniku rozrastania się biura funkcja taka w określonym kontekście przestała mieć sens, także z uwagi na czysto administracyjny charakter, system organizacyjny biura zmieniał się, niekoniecznie na korzyść. Zgodnie z Prawem Parkinsona nieograniczone biurokratyzowanie instytucji nie mogło ominąć i działalności twórczych.

W autorytarnym systemie w Polsce po roku 1945 architektura została podporządkowana resortom budownictwa – a nie kultury, adekwatnie co do architektury specyfiki – od samego wierzchołka, czyli od władzy ministerialnej, po uzależnienie od dyrektorów przedsiębiorstw budowlanych, producentów materiałów budowlanych i prefabrykatów. Jako, że działalność gospodarcza, a więc i wszelkiego rodzaju inwestowanie znalazło się gestii państwa, architekci skoszarowani zostali w państwowych jednostkach projektowania, a praktykę prywatną ograniczano do minimum. Jedynie projektowanie domów jednorodzinnych i kościołów (rozmaicie w różnym czasie) – niewiele więcej – mogło być dokonywane przez osoby prywatne – architektów (w przypadku mniejszych, określonych przez przepisy kubatur, również inżynierów i techników budowlanych!) także nie zrzeszonych w państwowych biurach. Taki stan rzeczy dotrwał do roku 1989. Zmieniło się wiele, choć nie zawsze na lepsze: jak zwykle liczy się proporcja, będzie o tym później.

O strukturze Miastoprojektu-Nowe Tychy wcześniej nieco już było, sądzę iż warto jeszcze sprawę uszczegółowić. Nie różniła się ona w ogólnych zasadach od określonego wzorca obowiązującego w kraju. Podstawową jednostką organizacyjną i merytoryczną była pracownia wielobranżowa z wiodącym zespołem architektonicznym i merytorycznie podporządkowanymi mu zespołami branżowymi związanych z budynkiem w zakresach konstrukcji, wszelkich instalacji (sanitarnych, elektrycznych i innych, w zależności od specyfiki biura, np. akustyki, technologii specjalnych itp.), a następnie związanych z terenem, jak zieleni, dróg i ukształtowania i uzbrojenia terenu oraz kosztorysowania. Liczbę pracowni określały każdorazowo zapotrzebowanie na projekty. Usługową, czyli administracyjną i pomocniczą kadrę biura tworzyli hierarchicznie ustawieni kierownicy pracowni – główny inżynier – dyrektor, natomiast powiększająca się z czasem kadra pomocnicza tzw. specjalistów i kontrolerów, powodowała nadmierny wzrost ludzi-pośredników, o charakterze pasożytniczym pár excellence, (ustrój tzw. socjalistyczny nie uwzględniał oficjalnie bezrobocia) często pozornie przydatnych w tworzeniu efektów inwestowania, czyli architektury. Usługowe komórki przedsiębiorstwa stanowiły pracownie związane z finalnymi działaniami: oprawionym projektem, makietą, planszą rysunkową i, wreszcie, grupa pracowników administracyjnych.

Taki był, w miarę obiektywny, obraz miejsca, w którym rodziły się podstawy dla zaistnienia i stawania się miasta, jego obraz stopniowo przenoszony w przestrzeń. A subiektywny, odczuwany i widziany oczami projektanta, a jednocześnie użytkownika tej przestrzeni, mieszkańca? Wątek osobisty, zasadny dla uwiarygodnienia mojej relacji, jest tu przedstawiony w minimalnym zakresie,. Bardziej zainteresowany sprawą internauta-czytelnik niniejszego tekstu, znajdzie więcej w mojej książce Archinotatnik.

Biuro powstało w roku 1955, ja i moja żona, małżeństwo architektów, wprost nieomal po ukończeniu studiów w Krakowie, przyjechaliśmy do Tychów, wprost do Miastoprojektu, w 1959, można powiedzieć: prawie na początku, jakkolwiek okres czterech lat, czas rozruchu, był bardziej pewnie burzliwy niż w późniejszych latach, bogaty w zdarzenia. Pracownicy biura, często ludzie-efemerydy, pojawiali się i znikali, szukając pracy i mieszkania – szczęścia, czasy w kraju, zwłaszcza na terenach zachodnich i północnych, zyskanych po wojnie nie były zbyt pewne, z czasem się stabilizowało. Trzeba pamiętać, ze realizacja nowego miasta pociągała za sobą wielką migrację ludności, tyska społeczność stawała się swoistą Wieżą Babel. W czasie naszego przyjazdu do Miasta zaistniały jeszcze dwa małżeństwa architektów, licząc więc z Profesorami było to ośmiu architektów gwarantujących z czasem stabilność środowiska zawodowego. To zbliżało, zwłaszcza że my i nasi nowi koledzy przybyliśmy z Warszawy, Krakowa, Wrocławia i znaleźli się, jakby nie patrzeć, na kulturalnej pustyni. Biuro stawało się więc czymś więcej niż tylko miejscem pracy, tym bardziej, iż w zawodzie architekta z reguły, a zwłaszcza w omawianym kontekście powstawania miasta na naszych oczach i w wyniku naszego do tego ręki przykładania, nie miało miejsca dzielenia czasu na pracę i dom, to się wszystko razem mieszało. Sprzyjało to, rzecz jasna, stwarzaniu atmosfery w biurze niejako domowej. Z drugiej strony, z tą domowością bywało rozmaicie. Czasy (komunistyczne, autorytarne, reżimowe, systemowe – jakbyśmy tego nie nazwali) nie sprzyjały powszechnej otwartości, zaufaniu i optymizmowi. Obowiązywała nieufność, byliśmy my i byli Oni: partyjny dyrektor, towarzyszka personalna, sekretarz partii i szereg anonimowych Niepewnych, prywatnie być może całkiem przyzwoitych ludzi. Niby zawsze, bez względu na ustrój polityczny, ludzie są różni, pewni i niepewni, ale wtedy działo się tak z natury rzeczy, reżim miał charakter policyjny, sprawy były jakby bardziej czarno-białe. Niemniej, można stwierdzić, iż środowisko, w którym obracaliśmy się stwarzało warunki dla życia zawodowego, twórczego i towarzyskiego, zwłaszcza w latach sześćdziesiątych, pierwszej pełnej dekadzie realizacji miasta. Później bywało inaczej, lata 70. a zwłaszcza 80. zaznaczyły się rozmaitymi wydarzeniami, w skali miasta i kraju, także w życiu moim i mojej żony, kręgu ludzi zaprzyjaźnionych, pojawiły się dzieci, nie było tak samo, nie mogło. Spróbuję opisać to w następnych rozdziałach – o Mieście i o Ludziach.

Tychy, rozdział III, spis ilustracji,
zdjęcia: Janusz A. Włodarczyk, wszystkie zdjęcia fot. 2008

1. Klub Górniczy z biblioteką, arch. M. Dziekoński
2. Budynki mieszkalne szeregowo-galeriowe, os. E2, arch. S.Rewers, K.Fojcik
3. Przedszkole, arch. T. Bobek, (obecnie Ośrodek rehabilitacyjny, częściowo przebudowany).
4. Urząd miejski – Ratusz, arch. W. Jaciow, K.Wejchert
5,6,7. Budynki mieszkalne klatkowo-sekcjowe,os. C, arch. S. Wąs
8. Budynek mieszkalny galeriowy, os. D1, arch. S Wąs
9. Budynki mieszkalne sekcjowo-galeriowe, os. D1, arch. S.Wąs
10. Budynki mieszkalne, (systemu 540,
arch. M.A.Czyżewscy), klatkowo-sekcjowe, os. D3, arch M. Czyżewska
11. Siedziba budowniczych miasta: inwestora, projektanta – Miastoprojekt-Nowe Tychy i wykonawcy, arch. S. Wąs

powrót


>> RSS 2.0 feed. >> Both comments and pings are currently closed.

AddThis Social Bookmark Button

Comments are closed.