Ahoj – Tychy!

Ahoj – Tychy!

Zazwyczaj przywilej rozpoczynania naszych felietonów przypadał Michałowi. Wynikało to z prostej przyczyny, że to właśnie on w naszym tandemie STArć miał zawsze więcej krytycznych uwag w kierunku rzeczywistości miasta Tychy. Tym razem świadom praw i obowiązków wynikających z krytyki Tych zjawisk społecznych rozpoczynam ja…

4 października roku 1950 ówczesne Prezydium Rządu podjęło płodną w skutkach uchwałę o rozbudowie wówczas 13-tysięcznego miasta Tychy. I w myśl uchwały Tychy miały praktycznie z dnia na dzień stać się ważnym ośrodkiem sypialnianym Górnośląskiego Okręgu Przemysłowego. Na skutek dwóch fali migracyjnych, które miały miejsce w latach 50’ i 70’ liczba ludności wzrosła kilkakrotnie uzyskując na dzień dzisiejszy wynik przekraczający 130 tysięcy obywateli i obywatelek. Na tym dość historii…

W dzisiejszych czasach każde mniej lub bardziej szanujące się miasto i miasteczko musi mieć jakieś imprezy, atrakcje, turnieje, festiwale, konkursy czy rozgrywki, począwszy od wielkim imprez medialnych jak festiwal w Sopocie (a dokładniej pisząc – kilka festiwali w Sopocie), po Mistrzostwa Świata w Rzucie Beretem, które corocznie odbywają się w Krotoszynie. Imprezy te bardziej lub też mniej udanie żenione są ze specyfiką miasta czy mieściny, w której się odbywają.
Włodarze Tychów w tym temacie postawieni zostali przed nie lada problemem. Jak w mieście, które przez długi okres czasu nazywane było niechlubnie Sypialnią Śląska (a przez niektórych dziennikarzy Gazety Wyborczej uznawane jest do tej pory za takowe – patrz poprzedni felieton „Tyski bohater”) wyczarować imprezę, która korespondowałaby z charakterem miasta. No bo co? Festiwal Chrapania? Czy Mistrzostwa Ucinania Drzemki? Nieeee. To przecież banalne jest. W końcu ktoś wpadł na pomysł, że przecież mamy jezioro, że przecież mamy Paprocany. A kiedy niepogoda i mgła je spowija, to nawet drugiego brzegu nie widać, więc to prawie już jak morze. Więc może by tak coś tak z tą wodą pożenić? Nie trzeba było długo czekać jak w naszym mieście pojawił się festiwal o wybujałej, ale jakże doniosłej nazwie: Port Pieśni Pracy (wcześniej zwany: Pieśni po Pracy). Tym to sposobem nad tyskim prawie morzem co roku obywatele i obywatelki naszego miasta za pieniądze podatników (uwielbiam to określenie) obcują z wysoką sztuką szantową. Tak się też szczęśliwie składa, że jako miasto prawie morskie nie musimy słuchać jeno zespołów sprowadzanych na nasz PPP festiwal, mamy też swoje zespoły, swoje perły, które dzielnie co roku nas tam reprezentują. Ale przecież festiwal to za mało. Jego organizatorzy idąc za ciosem stworzyli portal internetowy www.szanty24.pl oraz radio internetowe www.szantymaniak.pl (dla porządku nie mogę pominąć strony: www.tychy.szanty.pl – oficjalnej strony PPP); tak więc teraz nie tylko raz do roku, ale 24 godziny na dobę każdy Tyszanin, ba – każdy Polak może obcować ze sztuką szantową.

Jako osoba, która otwarcie przyznaje się do tego, że kocha.tychy, chciałem z całego serca podziękować za trud włożony w zmyślenie i coroczne organizowanie festiwalu, który cudem dosłownie został wpisany w specyfikę i charakter naszego miasta. Aha – i nie wiem jak Wy, ale ja wcale nie zwracam uwagi na głosy mówiące, że przecież Przewodniczący Rady Miasta Tychy jest fanem szant i na to, że ma swój zespół szantowy, w którym występuje i na rzekome podszepty, że Tychom zafundowana została ta impreza z powodu jego „widzimisię”. Wcale też nie mam za złe, że strona www.szanty24.pl zrobiona została na bazie dawnego layout’u miejskiej strony www.tychy.pl. Ja nie daję wiary w te wszystkie zarzuty!!! A jeśli ktoś dalej ma im to za złe, to napiszę, że przecież Przewodniczący Rady Miasta mógłby na przykład interesować się wędkarstwem, wtedy to pewnie koło Andromedy stworzono by wielki akwen do połowu ryb i co roku odbywałyby się tam zawody wędkarskie „Taaaaaakaaa Tyyyyyskaaa Ryba” i powstałby portal www.szczupak24.pl. Tak więc kiedy moim oponentom zarzucam taki argument, już nikt nie ma za złe, że w Tychach właśnie mamy Port Pieśni Pracy.

W dowód uznania i wdzięczności jako domorosły artysta postanowiłem sam spróbować wyrazić moje podziękowanie w formie szantowej:

Kiedy moja łajba po Paprocanach żegluje
W piersiach i włosach wiatr się czuje
Bosman zamoczyć rąk w wodzie nie pozwoli
Bo w jeziorze ponoć bakterie są coli
Więc ciągnę mą linę i burta na prawo
Napiję się rumu jak wykonam to żwawo
Łódź nasza już ku Promincom się zbliża
Bosman jak cholera dziś mi ubliża
Ja wiem jedno, że każdy oddałby z trzy dychy
By mieszkać w takim mieście jakim są Tychy

I co? Jak na pierwszy raz, chyba całkiem nie najgorzej?
Ahoj! ! !

powrót

Odpowiedź:

Marcinie!

Twoje poruszanie się w tematyce morskiej przypomina wpuszczenie Pana Prezesa Kaczyńskiego do burdelu. Nie wie o co chodzi, ale i tak się przyczepi, że kotów nie ma. Jednak żyjemy w wolnym kraju… wolno się rozwijamy, ale i mówić możemy co chcemy. Tym samym głos Twój należy wziąć na poważnie.

Zmartwię Cię – szanty mnie ani ziębią, ani grzeją. Ciężko mi się odnieść do pieniędzy podatników i finansowania tego typu eventów (ładne słowo, nijak nie pasuje do szant), bo nie mam pojęcia jak to tam jest. Ot wiem, że coś takiego jest i plotki mam głęboko w zenzie, bo jak wspominałem szanty wykonane na lądzie w ogóle mnie nie interesują. W całej sprawie, którą poruszasz jest chyba jedno rozwiązanie. Sprawdzenie odbioru tego typu promocji szant w naszym mieście.
Jeśli ludzie chodzą i się bawią. Jeśli czytają i są aktywni na stronie internetowej. Jednocześnie ma to znamiona jakiejś większej grupy to czemu im tego bronić czy obrzydzać? Tylko czy finansować? Zdecydowanie szantom w Tychach łatwiej dzięki Panu Gramatyce, ale to chyba nie jest powód do krytyki? Gdyby nagle się okazało, że Tychy organizują festiwal im. Jaromira Nohawicy, bo prezydent go uwielbia to co byś zrobił? Założę się, że napisałbyś do Pana Prezydenta list dziękczynny i poprosiłbyś Watykan o uznanie go świętym za życia, czyż nie?

Tu dochodzimy do kwestii gustów. Jak widzę szant nie lubisz. Wręcz Cię drażnią te dźwięki. Do tego trochę prywaty lokalnego polityka i już jesteś sfrustrowany. Czy warto? Najprawdopodobniej podzielam Twoje zdanie, że szanty to raczej śmieszne pioseneczki niż poważna/prawdziwa (sic) muzyka. Zadziwiające zjawisko społeczne. Ludzie bawiący się przy muzyce najczęściej mówiącej o dalekich morzach i pierwotnie mająca pomagać w pracy na statku. Taka kompensacja braku możliwości podróżowania czy po prostu upodobanie do prostych, skocznych nutek? Jest jedna rzecz, która łagodzi i pomaga. To alkohol, dzięki któremu nawet jestem w stanie zaśpiewać niejedną pieśń. Jednak śpiewanie ich w dalekiej odległości od morza przypomina seks z gumową lalą… No, ale niektórzy lubią…

Na koniec nie będę wymyślał rymowanek, ale zaprezentuję Ci refren pewnej szanty. Może polubisz? Przy okazji schlebię Twoim gustom.

Kochanie szota wybierz mi,
Przygotuj grota do stawienia
I załóż kapok, komendę przejm,
Miecz klar do spuszczenia.

Dla jasności dodam, że to jest raczej dowcipna szanta i każde domysły są jak najbardziej na miejscu. Jeśli nie rozumiesz, szczurze lądowy, wszystkich wyrazów, to możesz wpaść do mnie z butelką rumu. Objaśnię, pomogę zrozumieć i zaśpiewam. A jak!
Michał
Marcin



>> RSS 2.0 feed. >> Both comments and pings are currently closed.

AddThis Social Bookmark Button

Comments are closed.